16 czerwca, 2018

6. Duma i upokorzenie


What do you recommend to encourage affection?
Dancing. Even if oneʼs partner is barely tolerable.
Reż. Joe Wright, Duma i uprzedzenie (2005)



Posprzątaj tutaj. I jeszcze czego?! Tym Szwabiskom to się jednak w dupach poprzewracało od tego dobrobytu. Jak Magnum Classic kocham, Treneiro NIGDY nie kazał mi niczego sprzątać. Raz pokój przed wyjazdem z hotelu podczas obozu, ale to dlatego, że w nocy obżeraliśmy się ze Zniszczołem krówkami i wszędzie walały się papierki. W tym miał rację i to mogłam zrobić, bo sama napaskudziłam – ale czy ja mam w kontrakcie zapisane, że pół etatu jestem asystentką, a drugie pół sprzątaczką? I żeby nie było: dla mnie żadna praca nie hańbi, pod warunkiem, że masz płacone dokładnie za to, co robisz.
Chociaż właściwie, zebrawszy wszystko to, co do tej pory usłyszałam na ten temat, zastanawiam się... CO właściwie ja mam zapisane w tym kontrakcie?
Zeszły sezon był trudny, bo się adaptowałam do środowiska (albo: wychowywałam bandę przerośniętych, chudych dzieci na porządnych obywateli), a teraz wyglądało na to, że pół drugiego miało być ze dwa razy gorsze. W sumie... nawet więcej niż pół, biorąc pod uwagę pewne oświadczyny w Klingenthal.
Skąd w ogóle grecki popierdol wytrzasnął tego świra? Pewnie specjalnie się natrudził, żeby znaleźć takiego, co to mi zrobi z dupy jesień średniowiecza, bo w nieprzyjemny zbieg okoliczności nie uwierzę. Nie w PZN-ie. To zbyt wielka mafia, żeby można było mówić o zwykłym trafie. A może w Niemczech takie świry są jakoś specjalnie produkowane, mają specjalną wylęgarnię? Może to po prostu taki naturalnie popierdolony naród? Jeśli tak, to Boski Apollo musi być ukrytą opcją niemiecką.
Stanęłam i oparłam się na barierkach, gdzieś z dala od hordy piętnastolatek wrzeszczących niedaleko wszystkich domków i sikających w majty na widok jakiegokolwiek skoczka (trzy czwarte z nich nie znało nikogo prócz Norwegów i Stocha, ale niech będzie, że tru fanki skoków). Jeszcze mi tego brakowało, żebym kwiat polskiej młodzieży wycięła w pień. Ja wiem, że takie kwiatki to szkoda hodować, bo od razu wiadomo, że gówno z tego wyrośnie, ale to jeszcze nie znaczy, że miałam iść siedzieć. Policja z pewnością nie doceniłaby mojego czynu społecznego, jakim byłoby wytępienie głupoty ludzkiej.
Co ja w ogóle takiego złego w życiu uczyniłam, że Bóg pokarał mnie tym zapyziałym, zasranym szwabskim dziadziskiem? Zabiłam kogoś? Pająki w łazience chyba się nie liczą. Okradłam kogoś? Kilka razy pomyliłam się przy wydawaniu reszty pracując w restauracji, ale to nieświadomie, więc też się nie liczy. Może trochę cudzołożyłam, ale przecież on był moim chłopakiem, nie pierwszym lepszym amfetaminowym Sebiksem z klubu. Czy to powód, żeby mnie od razu zsyłać do piekła w wersji beta? Ludzie z dzieckiem w drodze śluby biorą, a ja tylko trochę zgrzeszyłam.
No dobra, bywałam w życiu porządnym wrzodem na zadzie. Przyznaję. Ale przecież już się minimalnie poprawiłam! Nie biję od razu, kiedy ktoś mnie wkurzy, mniej przeklinam i nawet nie wyżywam się na Zniszczole! Zaczęłam się czesać! Czasem nawet... SIĘ UŚMIECHAM. A mimo to Bóg zesłał mi plagę germańską w postaci tego zjeba.
Nie ma sprawiedliwości na tym świecie, kurwa.
Tylko ciekawe, jak po mojej scenie będzie nam się układała współpraca, bo mam dość chujowe przeczucia.
– Masz go z głowy na jakieś... dwie godziny.
Nawet nie wiedziałam, kiedy ktoś podszedł i oparł się o barierki z metr ode mnie. Tak mnie pochłonęły rozważania teologiczno-szwabskie, że przestałam zwracać uwagę na otoczenie.
Obok mnie pochylał się koleś w czapce z Kamilandu, jeden z efektów szwabskiego reżimu w polskiej kadrze. Skrzywiłam się tylko, bo nie po to się odchodzi na zadupie, żeby szukać towarzystwa. Oparłam pięść na policzku, po czym odmruknęłam:
– Niech się wypcha dżemem.
W odpowiedzi usłyszałam serdeczny śmiech, podobny do tego, kiedy zdarza mi się coś niechamsko burknąć, a Zniszczoła to bawi. Jeśli trafił mi się drugi szczygieł, to ja składam oficjalną skargę do administracji. Ja Mendę zniosę, Sierściucha też zniosę, nawet dodatkowe konkursy w Norwegii zniosę, ale dodatkowej sparaliżowanej radością mordy nie zdzierżę ani trochę dłużej. Wówczas ten sezon będzie gwoździem do mojej trumny. Nie, żeby praca z tymi niewypałami już nim nie była.
– On wcale nie jest taki zły, wiesz? – odezwał się niepytany. – Ma łeb na karku i niezły plan. Wie, co zrobić z chłopakami, żeby osiągnęli maksimum swoich możliwości.
– Jest jebnięty. – A ten znowu się zaśmiał. Wody, wody ognistej... – A poza tym oni już osiągnęli maksimum swoich możliwości. Patrz na Kubackiego. Przecież dla niego lepiej już nie będzie. Niech się cieszy, że go nie odesłali do wariatkowa.
Mój wątpliwej jakości interlokutor uśmiechnął się kącikiem ust.
– Cóż... z pewnością powinien się cieszyć, że przy tobie w kadrze żyje.
O. O. O.
No teraz to mnie zaimponiłeś.
– I że przy takim niewyparzonym języku nikt mu mordy nie przemeblował – dodałam, starając się nie dać po sobie poznać, jakie zrobił na mnie wrażenie.
– Zdziwiłabyś się.
Odwróciłam gwałtownie głowę. Teraz dopiero zauważyłam zarysowane kości policzkowe, wystające spod czapki brązowe włosy i oczy... które skądś znałam. Jednakowoż nie uważałam go za Frankensteina.
– Jeśli posiadasz informacje o Kubackim, których mogłabym użyć przeciwko niemu, to zamieniam się w słuch.
– W imię przyjaźni zachowam je dla siebie.
No i po wrażeniu. Znalazł się wielki przyjaciel i obrońca uciśnionych.
– Ale dobrze, że chociaż ty nie przestajesz mu ucierać nosa.
Wypięłam dumnie pierś, po czym strzepnęłam z mojej kurtki niewidoczny kurz.
– To brudna robota, ale ktoś musi ją wykonać – wymamrotałam, udając brak skromności.
No nie wierzę! Ktoś w tej kadrze mnie popierał! Rozumiał moją niechęć do Mendy Szaflarskiej! Podzielał moją pasję do powodowania jego nadciśnienia! CZY TO JUŻ NIEBO?
Kolega się zaśmiał, a ja nawet nie miałam odruchu wymiotnego. Był to kolejny mój niebywały postęp. Mój terapeuta może i był wkurwiający, ale czegoś tam mnie nauczył i zainspirował mnie do zmian metodą małych kruczków. Dzięki temu polscy skoczkowie jeszcze żyli, więc chyba powinni mu wysłać kosz upominkowy czy coś.
– Tak właściwie to chyba się jeszcze nie znamy. Baśka. – Wyciągnął dłoń w moim kierunku, a ja poczułam się takie lekkie... WTF?! – W sensie Kamil. Skrobot.
Co? To Skrobot ma BRATA?!
Nic nie podobne do siebie te Skroboty. Nic a nic. Ten tu jest zdecydowanie zbyt szczygiełkowaty, żeby dzielić geny z Kacprem-cichym malkontentem i spryciarzem.
– To Baśka czy Kamil? Bo to może być kluczowe – odparłam. – Znaczy – mnie koncept zmiany rodzaju imienia nie jest obcy, ale wiesz, wolałabym mieć pewność.
Jak można się spodziewać, Skrobot się zaśmiał. Wow. Szok. Niedowierzanie. Tym razem nie mogłam tego nie skomentować wywróceniem oczami. Przecież nie po to wysyła się jednego szczygła do Japonii, żeby ci zaraz drugiego na jego miejsce przysłali.
– Jak chcesz w sumie – odparł ucieszony. – A ty Antek, dobrze pamiętam?
Och, no cóż. Jak widać moja sława mnie wyprzedza.
– Antonina – poprawiłam go, żeby sobie nie myślał, że ja jestem jakaś genderowo niezdecydowana.
– To Antek czy Antonina? Bo to może być kluczowe. Znaczy – mi koncept zmiany rodzaju imienia nie jest obcy, ale wiesz, wolałbym mieć pewność – zaśmiał się.
No i skończyło się koleżankowanie. Jemu to się chyba wydawało, że trafił na jakiś przykład optymizmu czy coś, a nie mógł się bardziej pomylić. Przymrużyłam podejrzliwie oczy, bo ja wiele jestem w stanie znieść, ale nie takie zachowanie. Już się Zniszczoł nauczył, że co za dużo, to niezdrowo. Zresztą odkąd go poznałam, z jeszcze większą ostrożnością podchodziłam do osób, którym twarz na zawsze zastygła w przerażającym, srającym tęczami, radosnym paraliżu.
– Nie podobasz mi się – powiedziałam niskim tonem, przyglądając się uważnie Baśce.
Ten zaś uniósł ręce w akcie udawanej kapitulacji.
– Spokojnie, nie jestem groźny – odparł, po czym, znowu, tak, kurwa, ZNOWU się zaśmiał. – Ale widzę, że wolisz bezpośrednie wyznania zaraz na początku znajomości.
No ba. Przecież to wszystko ułatwia! Dlatego ludzie od razu orientują się, że mają do mnie nie podchodzić bez śmiertelnie ważnej przyczyny i ten sposób inni nie tracą życia, a ja mam święty spokój. Właściwie to powinnam za to dostać pokojową nagrodę Nobla. Zapobiegam masowym mordom.
Poproszę pomnik w centrum Warszawy.
– Co się stało z twoim bratem? – Odwróciłam się do Skrobota przodem, jedną, wyprostowaną w łokciu ręką wciąż opierając się o barierkę, drugą zaś kładąc na swój bok. Nie spuszczałam z niego swojego wilczego spojrzenia.
Skrobot wzruszył ramionami.
– To efekt Horngachera – odparł, jakby opowiadał mi o fizyce. – Stwierdził, że Kacper ze swoim doświadczeniem bardziej przyda się kadrze B, a ja podszkolę się tutaj. – Zamilknął na chwilę, po czym dodał. – A, i ten gość, którego pewnie nie kojarzysz, to Michal Dolezal, specjalista od kwestii technicznych. Zamiast Gębali jest Kerstin.
– To akurat wiem – mruknęłam, ponownie oparta obydwoma rękami o barierkę, tym razem jednak własne pięści zniekształcały mi twarz.
Przez chwilę nie chciało mi się gadać, bo – bądź co bądź – Skrobot (i mam tu na myśli PRAWDZIWEGO Skrobota, nie jego genetyczną podróbę) od początku był nieodłączną częścią tego teamu, a poza tym zawsze nosił ze sobą coś dobrego, co poprawiało błyskawicznie nastrój, jak choćby herbatę, żelki, czekoladę, cokolwiek.
– A jesteś choć trochę podobny do swojego brata? – spytałam, przerzucając na niego wzrok.
– Nie mnie to oceniać.
– No dobrze. Kakałko lubisz?
– Nie przepadam.
– A gorącą czekoladę?
– Nie.
– A czekoladę w ogóle?
– Nie.
– A lody?
– Nie.
– A muffinki?
– Nie.
– A CHOCIAŻ SŁODZONĄ HERBATĘ?!
Podrabiany Skrobot znowu (ZABIJCIE MNIE) się zaśmiał, po czym odparł:
– Nie.
No to chyba były jakieś wolne żarty. Ja wszystko rozumiem: urodzenie się jako wrzód na dupie, niechęć do kakałka (zwłaszcza jeśli ma się nietolerancję laktozy), wieczny zaciesz na ryju, ale... ŻEBY NIE LUBIĆ CUKRU?! CZY ON TRZUSTKI NIE MA?!
– Czy robiłeś testy DNA ze swoim bratem? – Musiałam zadać to pytanie, bo sprawa wydała mi się bardziej niż podejrzana.
...a on nie przestawał rechotać.
– Nie, nie muszę – odpowiedział, uspokoiwszy się. – Ale jeśli ty lubisz, to mogę ci to wszystko zapewniać. Dla naszej ciotki z Niemiec czas zatrzymał się w peerelu, więc dostajemy takie paczki, że...
Przerwałam mu, klepiąc go po plecach i kiwając głową z uznaniem.
– No. I teraz gadasz z sensem, chłopcze.
Pewnie ustalilibyśmy jakieś szczegóły dostaw czy coś, ale wtedy zza drzwi naszego domku wyłoniła się głowa tej małej Szwabki, która zawołała:
– Kamil! Musimy whracać do phracy!
Skrobot po raz kolejny wykrzywił twarz w uśmiechu w moim kierunku i rzucił na odchodnym:
– Do zobaczenia za dwie godziny.
Zostałam więc znowu sama, co było dobre, jako że wciąż nie do końca ochłonęłam po pewnym szwabskim incydencie. Oparłam się więc znów o barierkę, patrząc na tłum w oddali i słuchając rumoru ze skoczni.
Szwab zagrał mi porządnie na nerwach, tak, że aż zgrzytałam zębami na myśl o jego słowach. Ale potem zaczęłam myśleć (rzecz rzadka wśród członków tej kadry, ale ktoś musi). Zastanowiłam się, co by Treneiro powiedział na moje zachowanie, czy byłby zadowolony z moich reakcji. Wyobraziłam sobie jego pooraną pierwszymi zmarszczkami twarz, siwiutkie włosy i karcące spojrzenie niebieskich oczu. Pokręcił głową. Czyli że byłby zły.
No dobra, może to miało sens. W końcu zależało mi na tym, żeby go odnaleźć, prawda? A oddalona od ekipy nie byłabym zbyt użyteczna. Bo Szwab na pewno znalazłby sposób, żeby mnie w końcu upokorzyć i wykopać z drużyny. Albo i nie, co byłoby jeszcze gorsze, bo to znaczy, że w takim poniżeniu i wiecznym wkurwie musiałabym dotrwać do końca marca, a zostało do tego sporo czasu.
Zazgrzytałam ponownie zębami, dyskretnie rozglądając się na boki.
Trudno, Socha, jak mus to mus. Zrób to dla wyższych celów.
Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do domku, żeby ogarnąć panujący w nim rozpierdol.


Do końca konkursu miałam święty spokój, co mnie trochę martwiło, a jednocześnie wcale nie. Skrobot Drugi nie zjawił się po dwóch godzinach, bo po konkursie miało miejsce straszne zamieszanie. W końcu stanęliśmy na drugim stopniu podium. Walczyliśmy z narodem szwabskim do ostatniej kropli krwi, ostatecznie przegrywając o kilka punktów, ale obiecaliśmy sobie odwet na ziemi niemieckiej, na którą mieliśmy zawitać już za tydzień.
Nawet z Kubackim się nie spotkałam, bo po zawodach był rozchwytywany i nie mógł znaleźć dla mnie czasu, by omówić „sama wiem co”. Ja to się dziwię, że ci dziennikarze w ogóle chcieli z nim gadać. Mnie się nie chce żyć na sam jego widok. A jeszcze teraz, po takim sukcesie, to na bank puszył się jak paw, a przecież wiadomo, że przy Kubackim można jedynie pawia puścić. Od samej jego gadki kwasy żołądkowe przestawały poprawnie działać.
Na końcowym zebraniu Horngacher poinformował nas o godzinie jutrzejszej zbiórki, po czym odesłał nas do domów. Znaczy się ja znów musiałam odpalać na popych rzęcha ciotki, w którym ciepły nawiew zaczął działać dopiero przy podjeździe Rudeckich, a oni se jechali ogrzanym busikiem, który ich podwiózł do domu. Czy usłyszałam choć słowo podzięki? Jasne, że nie, bo nie mam nic wspólnego z nartami. Jestem tutaj „przynieś, podaj, pozamiataj” i mam się cieszyć, że w ogóle pozwalają mi oglądać z bliska twarze tych „bożyszczy”.
Tajner mnie jeszcze popamięta.
A tak poza tym – kij im w oko z taką sprawiedliwością.

* * *

W tej chwili mi przyjeżdżaj do Zakopanego! Migiem!!!
Cóż, wczoraj wieczorem myślałam logicznie. Dziś rano już mniej.
W związku ze wczorajszym traktowaniem mojej skromnej, acz nieodzownej dla tej kadry persony postanowiłam zastrajkować i zwyczajnie zostałam w domu, zamiast od rana być poniewieraną na skoczni. Mądre, prawda?
Nie, bo Tajner od pół godziny darł na mnie ryja, jakby mu kto jaja do wrzątku włożył.
Bo tego właśnie potrzebowałam po kolejnej mocno średnio przespanej nocy. Jak spotkam typa sprzed ołtarza, to go tą muchą uduszę.
Masz się tu stawić, bo to jest twój pieprzony obowiązek! DO ZOBACZENIA!
W odpowiedzi warknęłam tylko, ale się rozłączyłam i zaczęłam pakować. Całe szczęście, że była dopiero dziesiąta rano.
W drodze wyobrażałam sobie różne tortury, którym mogłabym poddać Brzuchatego Apollona i zaręczam, że wszystkie były krwawe i bolesne. Dzięki temu nie wciskałam gazu do dechy i jechałam z umiarkowanie wysoką prędkością. Zupełnie, jakbym zapomniała, co poprzedniego wieczoru sobie poukładałam w głowie, z tym Treneirem i w ogóle. Jakby mi kto formata dysku twardego zrobił.
A Szwabowi to bym najchętniej formata tej zapyziałej, wiecznie niezadowolonej mordy zrobiła, że by go nawet pies po zapachu nie rozpoznał.
Kiedy dotarłam na miejsce, wszyscy ze sztabu się na mnie gapili, jakbym wyszła z auta naga, ale byłam na tyle wpieniona, że ich łaskawie zignorowałam. Zgłosiłam się bezpośrednio do tego zdziadziałego cepa szwabskiego, który na wstępnie obrzucił mnie pełnym obrzydzenia spojrzeniem.
– Czyli prezes jednak zadzwonił – oznajmił mi tonem, rzecz jasna, pogodnym i pełnym optymizmu.
– Ta – mruknęłam pod nosem. – To czym mam się zająć, trenerze?
– A co potrafisz, prócz sprzątania i robienia kawy?
Wgniatać czaszkę w mózg.
Zazgrzytałam zębami i wzięłam głęboki wdech. Tu już żadne wizualizacje z czerwonymi chmurami się nie przydawały. Tu najlepsza byłaby siekiera w głowie tego padalca. Musiałam być grzeczna, jeśli ta budka miała jeszcze tu postać z kilka lat.
– Zawsze zajmowałam się rezerwacjami, papierami, raportami i terminarzem trenera Kruczka. Miałam też rozpiskę dnia i jej pilnowałam. W czasie konkursów zwykle stałam blisko Grześka, żeby być w zasięgu krótkofalówki trenera i pomagałam przy nagłych awariach.
Czytaj: czyli jak utemperować Kubackiego, żeby sobie za dużo nie myślał po wygranych kwalifikacjach.
Horngacher krzątał się po domku pod skocznią, w którym oprócz niego znajdowałam się tylko ja. Szukał czegoś między ciuchami zastępu swoich pingwinów i był zaskakująco spokojny, jak na tak bliską obecność swojego przyszłego oprawcy.
– To prawda, że bierzesz psychotropy? – zapytał, nie przerywając grzebania w rzeczach.
– Nie? – skrzywiłam się, jednocześnie czując nadchodzącą falę wkurwu.
Łeb bym se dała uciąć, że rozgadała to ta Menda Szaflarska, co ten swój ryj gnomi zawsze włoży między drzwi. I gdybym ja za tymi drzwiami stała, to bym mu dawno tę jego makówę bezużyteczną rozwaliła!
– A, bo prezes coś wspominał.
PREZESOM ŚMIERĆ!!!
Raz człowiekowi się noga potknie, to mu to będą do usranej śmierci wypominać. Albo to ja jedna dostałam pierdolca? Miałam na głowie jedenastu imbecylów, z którymi widywałam się dzień w dzień przez cztery miesiące. Każdy by ocipiał.
– No cóż... – zamyślił się głęboko mój szef od siedmiu boleści, na moment zaprzestając swych jakże ważnych poszukiwań.
Po chwili spojrzał na wielki stos kartek na stoliku w kącie i uśmiechnął się w sposób, który nie oznaczał raczej darmowej paczki piegusków. Wziął plik do rąk, po czym wysunął go w moją stronę.
– Kerstin próbowała wypełnić te raporty, ale zrobiła mnóstwo błędów ortograficznych – przynajmniej według pana Tajnera. Przepisz to i wydrukuj ponownie.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, nie omieszkałam się wydrzeć na pół skoczni.

* * *

Przepisywanie pokaleczonych raportów zadrutowanej Helgi zajęło mi dobrych kilka godzin. Siedziałam w naszej kanciapie, używając związkowego laptopa i grzejąc się jakąś ledwie zipiącą farelką. I klęłam, dużo i soczyście, żeby jakoś przetrwać tę drogę przez mękę. Po dwóch godzinach zrozumiałam jednak, że znalazłam się, mimo wszystko, w korzystnym położeniu. Ominęła mnie wątpliwa przyjemność oglądania tych niewydarzonych mord przez cały konkurs, to po pierwsze. Po drugie – nie musiałam głuchnąć przez piski trzynastoletnich groupie pod skocznią. A po trzecie – SIEDZIAŁAM W CIEPEŁKU I SAMOTNOŚCI.
Oczywiście nie przez cały czas. Zniszczoł, który od mojego przyjazdu mnie nie widział, bo rozgrzewał się gdzieś na terenie skoczni, dopadł mnie w budce, jakbyśmy się sto lat nie widzieli. Zaraz miał na gębie ten swój paralityczny uśmiech, że mi się wszystkiego odechciało jeszcze bardziej. Siedział obok i mendził mi przez bity kwadrans, żebym z nim jednak poszła na ten kurs tańca. To mu po raz kolejny powiedziałam, żeby go sobie głęboko w czarną dziurę swojego układu trawiennego wsadził albo ja mu w tym pomogę. Kręcił się tu też Kubacki, o dziwo, nie przechwalając się, tylko marudząc i psiocząc na wszystko, bo Martka-nartka nie mogła przyjechać. Miszczunio łaził wszędzie z klatą wypiętą, a Wiewiór z Sierściuchem rechotali co chwilę, pokazując sobie coś w telefonach.
Ech, brakowało mi Skrobota, bo on by chociaż co dobrego przemycił, a tak miałam do dyspozycji tylko jego niekumatego brata, który gadał w najlepsze z tą Kryśką, czy jak jej tam.
Że też oni wszyscy oddawali się w jej ręce! I że ich żony nie dostawały skrętu wnętrzności na samą myśl, że ich jakaś obca baba obmacuje. Chociaż... no cóż, to była Niemka. Faktycznie, nie ma o co być zazdrosnym.
W ogóle to trochę dziwnie, bo pierwszy raz w ekipie mieliśmy babę inną niż ja. W dodatku tamta ewidentnie umiała się czesać i ubierać, więc prezes taką prawdziwą sprowadził, a nie marny substytut z wielkimi cyckami i brzuchem. Tak że tego. Istniała nadzieja, że jeśli teraz Kubacki wpadnie na jakiś kolejny plan, np. oświadczenia się tej swojej Martce poprzez wywołanie w niej zazdrości, to o pomoc poprosi Kryśkę. Nie da się ukryć, że dzięki temu historia byłaby wiarygodniejsza.
W każdym razie w godzinach konkursowych miałam już święty spokój od tych niedorobów. I byłam sobie tylko ja, przedwojenny laptop, moje wkurwienie, farelka i herbata. Do czasu, kiedy nie wlazła tam ta lizuska szwabskiego ryja. No tak, biednemu to zawsze wiatr w plecy i Helga na pokładzie.
– Można? – wskazała palcem miejsce gdzieś niedaleko mnie na ławce.
Wzruszyłam ramionami. Gdybym miała wybór, pokazałabym jej palcem na drzwi, ale wolałam już więcej nie zachodzić za skórę naszemu Kapitanowi Krzywemu Ryjowi. Nie dzisiaj w każdym razie.
Bo kto jak kto, ale Antonina Socha tak łatwo nie popuszcza. Kto jej za skórę zajdzie, ten sam na siebie wyrok podpisze.
Przez kilka minut było bardzo cicho; tylko słychać było moje stukanie w klawiaturę. Kryśka najpierw bawiła się telefonem, a potem jedynie płaszczyła chude dupsko i gapiła się w przestrzeń. A potem wypaliła jak Wiewiór w wywiadzie:
– Wiesz, mogłabyś sphróbować go jakoś podejść.
Spojrzałam na nią jak na wariatkę. Nie, żebym uważała ją za normalną – w końcu dostała pracę w tym sztabie – ale od skrzywienia rozbolały mnie mięśnie twarzy.
– Kogo? – zapytałam.
– No wiesz, threnehra.
Wywróciłam oczami i skoncentrowałam się ponownie na poprawianiu raportów.
– To nie jest zły człowiek – ciągnęła, jakby ją kto o to poprosił. – Po phrostu... phróbuje się w tym wszystkim odnaleźć.
A ja to niby nie próbuję. Co to miało być za pierdolamento? Ja tu usiłowałam wykonać choć jedno zadanie bez większego marudzenia dla tego jełopa, a ta przyszła i oczekuje najwyraźniej jakiejś życiowej pogawędki. Mnie nie płacą za wysłuchiwanie złotych rad od ludzi, których nawet nie lubię. Wystarczy, że jednemu Szwabowi muszę usługiwać. Dość tej okupacji austriackiej.
– Może gdybyś postahrała się mu udowodnić, ile do tej pohry hrobiłaś dla tej dhrużyny, ile dla nich znaczysz, ile znaczy twoja wiedza na temat ich przyzwyczajeń, ile ogahrniasz... może gdybyś postahrała się go wprowadzić w tajniki...
– Słuchaj no, lizusko – wysyczałam, zbliżając się do jej szpetnej gęby z zaciśniętymi zębami – nie obchodzi, czego ten świr sobie życzy i nie obchodzi mnie, co masz do powiedzenia w tej sprawie. Zachowaj swoje cenne rady dla siebie. Ja nie zamierzam nikomu włazić w dupę, tym bardziej bez wazeliny.
Odłożyłam laptopa i wyszłam, waląc drzwiami. Może jak zatrzęsło w budzie, to lasce się coś poprzestawiało w tej durnej mózgownicy na lepsze. Kilka kroków za domkiem natknęłam się na mały tłum przy telebimie w naszej strefie. Podeszłam bliżej. Akurat skakał Wiewiór.
Ze zdumieniem zauważyłam, że jego garbik zniknął bez śladu.

I tak nie zamierzałam się nikomu podlizywać. Choćby Kubackiego przestało znosić na prawo.

* * *

– No, to się teraz Szwaby ciężko zdziwią.
Spojrzałam wzrokiem mordercy na Szaflarską Mendę, która całą drogę busikiem z lotniska nie przestawała pierdolić o tym, jak to wygramy drużynówkę na landzie szwabskim i jak to niemieckim Helgom z wrażenia wursty z gęb powypadają. Jak powszechnie wiadomo, ja zakres tolerancji głupoty mam całkiem spory (a praca z tą kadrą znacznie go poszerzyła), jestem też dość cierpliwa, ale to jego pierdolenie już mnie przyprawiało o mdłości.
– Kubacki, zlituj się.
A ten, zamiast zamknąć nikomu nie potrzebną jadaczkę, odezwał się:
– Ulala, Socha, jestem w głębokim szoku. Nie zagroziłaś mi odrąbaniem jaj, zmiażdżeniem głowy, zatkaniem jadaczki traperem... czyżby KTOŚ cię demotywował?
Odwróciłam głowę z powrotem do mojej książki.
– Tak. Niezmiennie ty, Kubacki. Twój widok odbiera mi wszelkie chęci do życia.
– O, zobacz, jak to się dobrze składa – mnie twój widok odbiera apetyt.
– Całe szczęście, że nie siadasz z przodu busika. Jeszcze mógłbyś zobaczyć swoje odbicie w lusterku bocznym i zwymiotować...
– CZY MOŻEMY POROZMAWIAĆ O LEKCJACH TAŃCA? – wciął się Zniszczoł z miną egocentrycznego sześciolatka, który domaga się obiecanego lizaka.
– Możesz mi snapa wysłać. Będę miała dowody, że jesteś pokraką.
Nawet Kubacki głupio zarechotał.
Zniszczoł spojrzał na mnie karcąco.
– Anteeeeek...
– Nie antkuj mi tu. Powiedziałam ci, żebyś zapomniał o moim udziale. Nie będę z siebie kretynki robić.
– Bez obaw, Socha. Większej się nie da.
Tym razem spojrzałam na niego zwężonymi oczami, gotowa grzmotnąć go trzymaną książką tak, żeby się w fotel zesrał.
– Ty się ciesz, Kubacki, że mi traperków szkoda, bo musiałbyś połknąć oba.
– Ale dlaczego? – Zniszczoł zachowywał się, jakby w naszą rozmowę wcale nie wcinał się nowotarski gnom ogrodowy. – Przecież wiesz, że to dla mnie ważne. Toooośkaaaa...
Wbiłam mu łokieć w żebra tak, że aż mu oczy zaszły łzami.
– JAK MNIE NAZWAŁEŚ?!
– Antek... – wydusił, kuląc się na siedzeniu. – Powiedziałem Antek...
Poprawiłam się w fotelu, przyjmując wygodną pozycję, ale w międzyczasie kątem oka dostrzegłam, jak Kubacki pokręcił głową ze złośliwym uśmieszkiem.
– Chyba zaczniemy ci podawać psychotropy w jedzeniu jak psu.
Tak się we mnie zagotowało, że aż się zaczęłam telepać. Gdybym była w kreskówce, z uszu poleciałby mi dym. Serio. Już się odwracałam do zasranego wrzoda, już mu chciałam ten czerep durny od szyi oderwać, ale w tym momencie...
– Wyłazić, wiara! Jesteśmy na miejscu.
Spojrzałam na tę świnię z gniewem i odparłam tylko:
– Masz szczęście, mendo. Ale byłeś jednego Grzesia Sobczyka od śmierci.
Jak już pomogliśmy nadal zwijającemu się Zniszczołowi wytarabanić się z busika, przyszła pora na zabranie bagaży. Jako że zawsze jestem z tym cieciem wiślańskim w pokoju, wszyscy mężczyźni tej kadry oznajmili, że to moja rola, żeby wnieść jego walizkę na czwarte piętro, skoro sama go uszkodziłam. Przepraszam bardzo, ale to on własnowolnie i świadomie naraził się na mój rażący w skutkach gniew, używając Zdrobnienia, Którego Nie Wolno Wymawiać. A po drugie: ja rozumiem i popieram ideę równouprawnienia, ale bądźmy ludźmi! JEGO PIERDOLONE BAGAŻE BYŁY CIĘŻSZE ODE MNIE! Jakim cudem miałam to wtaszczyć na czwarte piętro?! Oczywiście, Zniszczoł zaczął od razu udawać mężczyznę, próbując ignorować ból, ale w efekcie wypierdolił się na ten swój głupi ryj dwa metry dalej. Tylko pogorszył sprawę, bo potem musiałam nieść nie tylko nasze bagaże, ale i jemu za podpórkę służyć.
Czy ja mam na czole wypisane „LOKAJ”?
Horngacher, co nikogo nie zdziwiło, był nie w humorze. To sprawiło, że zaczynałam coraz bardziej tęsknić za mocno nieogarniętym, ale za to zawsze życzliwie nastawionym do świata Treneirem. On przynajmniej stanowił przeciwwagę dla mojej nienawiści, a ten tu sprawiał, że szala zdecydowanie zbyt mocno przechylała się na mroczną stronę życia. Jeszcze z Kubackim na pokładzie... Dlaczego my od razu nie umarliśmy na Weltschmerz?
Już wiem dlaczego. Bo moim osobistym Weltschmerzem Bóg uczynił tę rudą wesz.
Po wtaszczeniu dwóch waliz i jednego orangutana musiałam słuchać jęków głodnej małpy i przyszłego pana młodego... w jednym. Ja bardzo przepraszam, ale ja nie jestem ani zoologiem, ani doradcą ślubnym. Mnie nie płacą za załatwianie takich sprawunków. A powinni mi dopłacać za trudne warunki, teraz szczególnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy dużo odciągnęliby mi z wypłaty, gdybym wywaliła Zniszczoła za okno i stwierdziłam, że za bardzo kocham jedzenie, żeby głodować, więc sobie odpuściłam. Zwłaszcza że chwilę później zwołałam wszystkich na kolację.
Podczas kolacji Grumpy Cat wyjaśnił nam wszystkim plan na jutrzejsze kwalifikacje. Nawet mnie uwzględnił w tych planach, bo powiedział, że mam robić to, co zawsze. A gdybym mu powiedziała, że codziennie rzucam butem w Kubackiego?
Następnego dnia wszyscy byli niewyspani, obolali, marudni i negatywnie nastawieni do świata. Czyli obudzili się w moim świecie. Zdaje się, że usposobienie Szwaba zaczynało wpływać na resztę ekipy. A ja musiałam tych wstrętnych jełopów budzić o godzinie szóstej.
Kill me, please.
Otoczona przez towarzyszące mi zewsząd szwargolenie, z chęcią mordu wypisaną na twarzy, jechałam koło godziny ósmej na skocznię w Willingen. Skocznię, z którą moje wspomnienia były specyficzne. W drodze ciągle myślałam o głosie spikera, który oznajmił, że Zniszczoł został zdyskwalifikowany za doping, o Helgach, o trzaskaniu drzwiami domku (mój ulubiony sport). Pamiętałam rozmowę pewnych przygłupów na balkonie, a także mój niespodziewany atak w ręczniku. I o obsesyjnej chęci odrąbania czyichś jaj.
Tsaaa... to byli czasy.
Zniszczoł przestał marudzić do akompaniamentu reszty i przez całą drogę siedział dziwnie cichy i gapił się w okno. Dziwne. Może to znowu ta dwubiegunowość się odezwała? Kto go tam wie...
Kilka godzin stałam jak cymbał na zimnie, czekając, aż się książęta rozgrzeją, a potem naskaczą, ile fabryka dała. Nie było nikogo, na kim mogłabym się choć trochę wyżyć. Szkoda w chuj. Nawet Kubackiemu dobrze szło, więc musiałam w milczeniu znosić cierpienie na widok jego przemądrzałej mordy. I nie mogłam się zdecydować, co wkurwiało mnie bardziej – Menda, kiedy skakała jak ostatni cieć czy kiedy szło jej lepiej. Reszta patałachów również nie splamiła honoru ojczyzny naszej; nawet Zniszczoł był jakiś tam czternasty w tych kwali, Stefek Hula zaś szesnasty. A wygrał je Bóg Seksu czternastoletnich fanek, porywacz niewieścich serc i spadkobierca skocznego ambasadorstwa Milki po Schmitcie – Wellinger. Choć gdyby liczyć skoki prekwalifikowanych, to wygrałby Kamil, bo ten to wygrzmocił sto czterdzieści pięć metrów, czyli trzy i pół metra dalej od szwabskiego rywala. A poza tym Sierściuch i Wiewiór – obaj zwolnieni z udziału w dzisiejszej wątpliwej konkurencji – też tam najgorzej się nie zaprezentowali.
No. I takie to rewelacje na dzień pierwszy zmagań na ziemi niemieckiej przyszło nam trawić.
Stojący obok mnie od kilku minut Kubacki wydał z siebie dziwny syczący dźwięk. A staliśmy koło Grześka Sobczyka, niedaleko boksu lidera, akurat jak skakał Miszczunio. Spojrzałam na głąba spod nastroszonych brwi.
– Przy takim Kamilu do Szwaby nam mogą narty wysmarować.
– Jak nie zamkniesz tej swojej niewyparzonej japy, to ci ją tym woskiem do nart skleję – warknęłam.
Księciunio Nowotarski westchnął teatralnie.
– Ech, Socha... czy ty kiedykolwiek wyleczysz tę swoją psychozę? – spytał z nonszalancją.
– Wierz mi, że pójdzie mi to sprawniej, jeśli nie będę musiała słuchać twojego pierdolenia dzień w dzień – odwarknęłam i po chwili zaczęłam snuć się za Grześkiem do domku.
Niestety, jak się można namyślić, gnom szaflarski również zmierzał w tamtym kierunku. Nawet skrzypienie śniegu pod jego butami doprowadzało mnie do szewskiej pasji. A gdyby się tak odwrócić, wziąć narty z jego ramienia i tak mu HUK! o ten pusty czerep... Zamyśliłam się nad tym konceptem na kilkanaście sekund, ignorując jego zaczepne gadki zza swoich pleców. Nie, szkoda nart. Jeszcze by się rozwaliły o ten zakuty łeb.
– Antek!
Zniszczoł, który w związku z awarią zapięcia kombinezonu, a potem wywiadem dla Tadzia ze skidżampink.peel, nie mógł srać tęczami pod moim nosem na skoczni, teraz wypruł z naszej budki z pełnym, szczygłowatym zacieszem w moim kierunku. Wywróciłam oczami, w milczeniu znosząc jego niedźwiedzi uścisk. Oczywiście, rąk z kieszeni kurtki nie wyjęłam. Nie będę się dla pacana na odmrożenia narażała.
– Widziałaś?!
Niestety tak.
– Taa...
– Czternasty byłem! Zakwalifikowałem się!
– Do swojej pozycji dodaj dziesięć, a okaże się, że przeszedłbyś do drugiej serii niemal rzutem na taśmę.
Zniszczoł spojrzał na mnie z wyrzutem. Rozumiejąc o co chodzi, najpierw wzniosłam oczy do nieba, a potem wyciągnęłam ręce w geście kapitulacji. No dobra, niech mu będzie. Żebym znowu nie wyszła na jakąś bezduszną świnię. Jak już, to jestem ordynarną.
– Okej, sorry. Cieszę michę, że ty cieszysz michę. Pasuje?
Rudy cymbał nieco się skrzywił.
– Mało przekonujące, ale to i tak prawdopodobnie szczyt twoich możliwości... AUA! Za co to?! – spytał z lekkim oszołomieniem, rozmasowując ramię. Siadło aż miło!
– Za „szczyt możliwości”, bałwanie niedorobiony! – odwarknęłam.
W odpowiedzi usłyszałam tylko złośliwe westchnienie Kubackiego. Spojrzałam na niego groźnie przez ramię, ale patafian nadal miał na gębie swój zjadliwy uśmieszek, który wyzwalał we mnie instynkt seryjnego mordercy. Może nie unicestwiać go nartami, tylko przypadkiem rozjechać walcem drogowym? Przecież takie wypadki się zdarzają! Zwłaszcza w takich Szaflarach na przykład, gdzie walec jest pewnie objawieniem techniki i zanim ktoś go użyje, proboszcz miejscowej parafii musi go pokropić wodą święconą.
A poza tym, gdyby przejechał go taki poświęcony walec, to chłopak od razu miałby rozgrzeszenie! Czy coś.
Musiałam jednak przestać snuć przyjemne fantazje, bo dotarliśmy do domku, pod którym przywitała nas wiecznie niepocieszona, pomarszczona, obwisła morda mojego tak zwanego szefa, który na mój widok zakasłał, jakby go na wymioty zbierało.
– Macie pół godziny na zebranie wszystkich manatków i zapakowanie ich do busa. Kto się spóźni, ten wraca sam.
Jak tylko zamknęły się za nim drzwi budki, pokazałam mu wielki język. Chciałam dołożyć fucka, ale dłonie zesztywniały w kieszeni kurtki. Kubacki, który akurat mnie mijał, wystawił w moim kierunku ironiczny kciuk w górę.
– Dojrzałe.
Warknęłam i mimo zgrabienia, uformowałam w dłoniach kulkę twardego śniegu, posyłając ją ze wściekłością w jego stronę, ale ten zdążył mi pokazać swój jęzor i śnieżka z głuchym pacnięciem wylądowała na zamykających za nim drzwiach.
– Odezwał się wielki dorosły, zapyziały, pierdolnięty, jebnięty...
– Spokojnie, Antek. – Zniszczoł położył ręce na moich barkach, przerywając recytację mojej naprawdę długiej listy epitetów Kubackich. – To tylko Kubacki, pamiętasz? Kubackiego mamy w dupie, bo to jest debil patentowany. Rozmawialiśmy o tym.
Naburmuszona założyłam ręce na piersi i spojrzałam na niego spod byka. Zniszczoł na pewno miał rację, spora część mojego mózgu o tym wiedziała. Ale to nie zmieniało faktu, że najchętniej tym wypatroszyła księciunia nowotarskiego jak karpia na święta.
– I tak mnie wkurwia. – Ruszyłam w kierunku wejścia, bo wszyscy byli już w środku, tylko my staliśmy na zewnątrz jak te dwa bałwany.
– Wiem – odparł zupełnie spokojnym tonem rudy szczygieł. – Ale szkoda na niego zdrowia. To przypadek beznadziejny.
Tak jak ty.
Zanim nacisnęłam klamkę, przyjrzałam się Zniszczołowi jeszcze raz, ze ściągniętymi brwiami.
– Ty za dużo o mnie wiesz – stwierdziłam z podejrzliwie przymrużonymi oczami.
Wzruszył ramionami, wymijając mnie, by wejść do domku.
– Dlatego jesteś na mnie skazana do końca życia.

* * *

– Aaaaantoooooś...
– Czego, głąbie?!
Blaski i cienie życia z Antoniną Sochą, czyli raz przyznają ci rację, a za chwilę wyzywają cię od głąbów.
– Spać nie mogę – poskarżył mi się mój szanowny współlokator od siedmiu boleści.
Westchnęłam ciężko. Ja rozumiem, że on nazajutrz miał wolne, bo żadna siła nie mogła tego szatańskiego Szwaba zmusić do wybrania go do drużyny, ale nie wszyscy zatrudnieni w PZN-ie mieli tyle szczęścia, co on, czemu więc nie mógł przeżywać swoich problemów, no nie wiem... Z DALA ODE MNIE?
– To nie śpij – odwarknęłam.
– Ale Aaantooooś...
– Nie antosiuj mi tu o drugiej w nocy!
– To co mam robić?
– SPAĆ!
– Kiedy ja nie umiem!
– To nie śpij, tylko mi dupy z tego tytułu nie zawracaj.
– To mi chociaż pośpiewaj.
Odwróciłam się gwałtownie w pościeli w jego kierunku.
– Pojebało cię? – spytałam nie do końca pewna, czy koleś robi sobie jaja czy już mu się kompletnie pod tą rudą strzechą poprzewracało. – Co ty masz cztery latka, żebym cię usypiała jak Tymka?
– To chociaż chodź ze mną na lekcje tańca.
Wywróciłam oczami i znowu odwróciłam się do niego dupą.
– Zmień płytę.
– Zmienię, jak ze mną pójdziesz. W przyszły wtorek.
– Jaką część mojego ciała teraz najlepiej?
– No... dupę.
– To mnie w nią pocałuj.
Usłyszałam szelest pościeli, po czym poczułam delikatny dotyk na swoim zadku. Podskoczyłam jak oparzona z wrzaskiem na pół hotelu. Co za czubek! Ja zawsze wiedziałam, ze ktokolwiek spierdala się z wielkich gór na nartach, musi mieć nierówno pod kopułą, ale żeby... CAŁOWAĆ KOGOŚ PO POŚLADACH?!
CZY NA SALI JEST PSYCHIATRA?!
No dobra, nie do końca w poślady, bo tylko przez piżamę, ale i tak... Niech się rudy kretyn modli, żebym tego nie wygadała Kubackiemu, bo już on zrobi z tej informacji odpowiedni użytek.
– DO RESZTY OCIPIAŁEŚ, PADALCU?! – spytałam o kilka decybeli za głośno.
I dobrze, niech się szwabskie dziadzisko obudzi. Może mi naskoczyć.
– O, „padalcu”, tak jeszcze do mnie nie mówiłaś – odparł zupełnie niezrażony. Nawet się uśmiechał, psychol zasrany!
– Na pewno powiedziałam chociaż raz, ale nieistotne – wtrąciłam na szybko, na moment zbita z tropu. – Czy ten brak snu już ci się zupełnie rzucił na ten twój rudy mózg?!
A ten, przykucając przy moim łóżku, tylko się uśmiechał i gapił. Wydawało mi się, że to był odpowiedni moment, żeby zadzwonić po pogotowie psychiatryczne, ale przypomniało mi się, że jesteśmy w Szwabolandii i nie znałam tutejszego numeru.
– Chodź ze mną na dół, do holu.
Westchnęłam ciężko, siadając na łóżku. Schowałam twarz w dłoniach. Mnie przy nich wszystkich szlag jasny trafi...
– Zniszczoł, ja się muszę wyspać – wymamrotałam spod pocieranych oczu.
– Wyśpisz się po śmierci – stwierdził wcale nieśmiesznie, po czym wytargał mnie za nadgarstek z mojego ciepłego, prywatnego, mięciusiego ŁÓŻECZKA.
– Ja ci to kiedyś przypomnę – warknęłam, wychodząc w mojej obciachowej piżamie w kaczki na korytarz.
Zniszczoł ciągnął mnie za sobą z czwartego piętra na sam parter, mimo że moje nogi same odmawiały posłuszeństwa, nie wspominając o oczach. Ja się trochę nalatałam, on nie za bardzo. No dobra, COFAM TO. Poza tym za cztery godziny musiałam wstać, żeby obudzić całą resztę patałachów, a ja BARDZO ŹLE znoszę zarwane nocki. Pomijam, że od dwóch miesięcy nie śpię prawie wcale, bo śni mi się jakiś kretyn w ślubnym garniaku.
Recepcjonistka, chuda blondi z uśmiechem odciśniętym od wieszaka, spojrzała na nas, gotowa wystrzelić ze swojego krzesła, a Zniszczoł uspokoił ją gestem ręki i uśmiechem. Z wszystkich ludzi, których znam, tylko on mógłby się uśmiechnąć szczerze o drugiej w nocy. Usiedliśmy na jednej ze śnieżnobiałych kanap w holu, teraz zupełnie opustoszałym i cichym.
W sam raz do spanka.
– Nie śpij! – syknął na mnie rudy bęcwał, skoro tylko zwinęłam się w swojego ulubionego embriona obok niego na kanapie, i uszczypnął mnie w nogę.
W odpowiedzi położyłam mu gołą stopę na policzku.
– Dotknij mnie jeszcze raz, a następnym razem nie zatrzymam jej bezpiecznie przy tym twoim paskudnym ryju.
– To usiądź jak cywilizowany człowiek.
Odezwał się! Wieśniak i burak pastewny! Będzie mnie tu pouczał o cywilizowanym zachowaniu! Jakbym mu kopa wtedy zasadziła, to z rana nie musiałby zajeżdżać pod skocznię, bo już by na niej siedział!
Warknęłam na niego, bo coraz mniej sił miałam, a on tu kazał mi łazić po jakichś holach i słuchać... brzęczenia filtra akwaryjnego. Super, to teraz zaśnięcie zajmie mi mniej niż pięć minut. Ja bardzo lubię takie dźwięki. I odkurzacza, o. Na bezsenność najlepsze. Ale na niego nie działają. Liczenie bezgłowych Kubackich też nie, a innej skutecznej metody nie znam.
Gapiłam się w rozpalony kominek w oddali, od czasu do czasu zerkałam też na nieco sennie pływające ryby, a tymczasem mój najdroższy przyjaciel ani myślał się odezwać czy coś. Po cichu liczyłam, że może walnie w kimę, bo byłam skłonna przespać resztę nocy nawet tutaj, ale nic z tego. Te jego niebieskie gały były wielkie jak piłeczki ping-pongowe i ani myślały się zamykać. Byłam pewna, że do kolacji wypił tę swoją czarną z ekspresu bez cukru, tylko teraz nie chciał się przyznać, bo bał się, że mu nogi z dupy powyrywam.
Słusznie.
Spojrzałam na wielkie okno, za którym zaczynał z wolna sypać śnieg. Czyli odsypianie w ramach odwołanego konkursu z powodu braku śniegu mogłam wykluczyć.
Zajebiście.
Już zaczynały mi się powieki załamywać, już odpływałam w swoją krainę bezgłowych Kubackich, kiedy...
– Wciąż nie mogę sobie wybaczyć zeszłego roku.
Początkowo mój mózg miał małe problemy, żeby połączyć wątki, ale wreszcie dotarł do mnie sens słów Zniszczoła.
Ta, ja też pamiętam zeszłoroczne Willingen aż za dobrze. Ale to nie tak, że rozpamiętuję albo bęcwałowi nie wybaczyłam – nic z tych rzeczy. Po prostu takiego wkurwu nie zapomina się ot, tak, z dupy. A ten był kosmiczny. Myślałam, że rozciupię Zniszczoła siekierą na wiór. Do takiego stanu to mnie nawet Kubacki nigdy nie doprowadził, więc trzeba sobie wyobrazić, jaki szajs odjebał rudy.
Ale żeby nie móc sobie tego wybaczyć?
– Bez przesady, Grzywson – odparłam, opierając głowę na zagłówku. – Co było, to było. Nie mam ci już tego za złe.
– Ale...
– Żadnych „ale”, Zniszczoł – przerwałam mu. – Nadal jesteś moim przyjacielem, więc na chuj drążyć temat.
Ruda wesz uśmiechnęła się szeroko, a ja udawałam, że nie zauważam, jak się na mnie dziwnie gapi.
W zasadzie Zniszczoł miał trochę racji rok temu. Naprawdę bywam okropna. Czasem być może nawet gorsza od Kubackiego (ale lepiej mu tego nie mówić, bo wtedy bym na pewno musiała go czyimiś nartami utemperować). O drugiej w nocy sama nie wiedziałam, czy bym się polubiła. Może nawet się nie lubiłam. Nie lubiłam swojego wyglądu ani charakteru, który kazał mi trzymać wszystkich na dystans. A przecież ja nawet trochę lubiłam tych swoich głąbowatych nielotów, co to wśród ptaków najwięcej mają z pingwinów, a prasa ich orłami ochrzciła. Tylko jakoś ułomna jestem w okazywaniu tego. Wolę się wkurzać, bo wtedy wiem, co zrobić. Jak mi wesoło, to nie bardzo.
Przeraziłam się nie na żarty. Jak oni ze mną tyle wytrzymali?
– Zniszczoł... – Wywołany odwrócił do mnie głowę, ale ja przyglądałam się swoim ściętym na zero paznokciom. – Czy ty mnie naprawdę... lubisz?
Żałuję, że podniosłam wzrok, bo pacan, jak się można było spodziewać, miał na gębie wyszczerz tak szeroki, że wnet by mu ryja zabrakło, żeby go pomieścić.
Wywróciłam oczami. Zniszczoł chrząknął, próbując przywrócić samego siebie do porządku.
– No wiesz... skłamałbym, gdybym powiedział, że robisz fantastyczne pierwsze wrażenie – odpowiedział, usiłując ukryć głupkowaty uśmiech. Wiedziałam, że ma rację, ale mimo to z ledwością powstrzymałam odruch, żeby mu odkształcić żebra w drugą stronę. – No i łatwo też się z tobą nie żyje... – JAK TYLKO SKOŃCZY, TO ZABIJĘ GNOJA! – Ale masz serce po właściwej stronie. I wiedziałem to od razu. Mimo że tyle na nas narzekasz i psioczysz, to zawsze nam pomagasz. Twierdzisz, że tak cię wkurza Kubacki, a zostałaś jego dziewczyną. Kamil powierzył ci swój sekret, a ty dotrzymałaś tajemnicy. Maciek poszedł do ciebie po radę, a ty go wysłuchałaś. – A O TYM SKĄD WIE?! – No i... zawsze podnosisz mnie na duchu i dajesz kopa, żebym się zebrał w sobie. – Zniszczoł zrobił krótką pauzę. – Każdy z nas może na tobie polegać, chociaż częściej niż radą służysz nam pięścią. – Wyszczerzyłam się dumnie. – No i mimo że nam tego nie mówisz, wiem, że zawsze nas wspierasz i nam kibicujesz. I ogarniasz wszystko dla Klimka, a przecież on sam siebie nie ogarnia. Zawsze wozisz ze sobą zapasową gumę do stylizacji dla Maćka i jesteś dobra dla Wiewióra, a nie musisz po tym, jak ci przywalił swoimi nartami rok temu. – To było najgorsze czterdzieści osiem godzin mojego życia.
Zniszczoł zamilkł na chwilę.
– Kiedy wymyślałem cały mój niechlubny szwindel... kierowało mną niewyjaśnione przeczucie. Coś mi mówiło, że muszę to zrobić, bo inaczej będę strasznie żałować. A teraz... – Zrobił wielkie oczy, jakby sam się czymś zdumiał. – A teraz jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że pewnego dnia mogłoby cię tu zabraknąć. Bez ciebie puchar świata byłby dziwny i obcy. To po prostu... niemożliwe. Chcesz tego czy nie, stałaś się częścią mojego życia, życia naszej kadry, i nieprędko się mnie pozbędziesz. You have bewitched me, body and soul, and I love, I love, I love you...
Słysząc ten chujowy brytyjski akcent Zniszczoł skrzywiłam się, a potem prychnęłam.
– Tobie się chyba panny Bennett pomyliły – odparłam.
– Przez ciebie ten film będzie mnie prześladował do końca życia – odpowiedział z wyrzutem.
– Oj, tam, oj, tam.
– Maltretowałaś mnie nim! Kazałaś w kółko oglądać!
– To są jakieś pomówienia i kalumnie!
– Kiedyś nawet TRZY RAZY Z RZĘDU!
– PRZEPRASZAM BARDZO, TO TOBIE SIĘ ZACHCIAŁO, ŻEBYM SIĘ OTWIERAŁA!
Zniszczoł pokręcił głową i się zaśmiał, a ja wywróciłam oczami i westchnęłam.
– To prawdziwe nieszczęście, że nie będę się mogła tak prędko ciebie pozbyć – odparłam, przeciągle mrugając oczami ze zmęczenia.
Chociaż coś we mnie się obudziło na tyle, że było mi jakby... miło? Dziwne uczucie. A jednocześnie zrobiło mi się miękko na moim zatwardziałym serduszku (widzicie? Zniszczoł powiedział, że je mam, to potwierdzone info!) i znowu westchnęłam.
– Okej.
Zniszczoł zmarszczył brwi.
– Ale co „okej”?
– No okej, pójdę z tobą na te lekcje tańca.
Rudy bęcwał wydał z siebie okrzyk radości i zaczął mnie ściskać, jakbym była (wyjątkowo cycatym) pluszakiem i pozostawał głuchy na moje protesty i groźby, że zaraz się rozmyślę i mu do tego skręcę kark. Chyba wiedział, że to tylko takie gadanie.
Chwilę później stwierdziliśmy, że wracamy do siebie. WRESZCIE, KURWA. Ledwie stałam na nogach, więc wjechaliśmy windą na czwarte piętro, a ja pobiegłam do naszych drzwi i przytuliłam je jak wybawcę. Łóżeczko. Za nimi stało moje ukochane, cieplusie, mięciusie łóżeczko. Mój nocny kochanek. Jedyny, jakiego mogłam mieć.
Mimo zmęczenia jakoś nie mogłam zasnąć. Dziwnie się czułam – jakbym była śpiąca i wcale nie.
– Uśmiechasz się – usłyszałam z lewej strony.
Westchnęłam gniewnie.
– Coś ci się wydaje, głąbie. Idź spać.
Będzie mi tu insynuował paskudztwa o drugiej w nocy burak zasrany!
– UŚMIECHASZ SIĘ! – wykrzyczał niemal w euforii, podnosząc się Zniszczoł.
– POWIEDZIAŁAM IDŹ SPAĆ, CYMBALE!
No żeby mnie tak irytować w środku nocy! Czy on ma rozum i godność ludzką?!
– W zasadzie powiedziałaś „głąbie”, ale...
– DOBRANOC!
Ja żądam podwyżki za trudne warunki. I to nie tam o dyszkę, tylko co najmniej dwa tysiące. Przecież ja się z tymi idiotami wykończę prędzej, niż ustawa przewiduje.

* * *

I spełniła się przepowiednia wróżki nowotarskiej: wygraliśmy na landzie szwabskim aż miło. Było, jak mówił, bo Helgom wursty z gęb wypadały na potęgę. Długo potem musiałam znosić tortury w postaci wymownych uśmieszków w moją stronę, od których przestawało mi wchłaniać pokarm w jelitach. Podczas kolacji miałam przemożną chęć uszkodzić Mendę widelcem tak, żeby mu te oczy przy okazji wydłubać, ale potem przyszło moje jedzenie i straciłam zainteresowanie gnomim ryjem. Założę się, że w Oberstdorfie zacznie zbierać zapisy na seanse spirytystyczne. Pytanie, czy ktokolwiek zaufa wróżce z taką paskudną mordą?
A potem znowu skakaliśmy, tym razem każden jeden z osobna. Honor nasz ratował nieco Miszczunio, bo skończył jako piąty. Następny najlepszy był Wiewiór, bo zamykał pierwszą dziesiątkę. A potem nasi ścisnęli się jeden po drugim, jakby bali się sami gdzieś stać jak pięciolatki: trzynasty Sierściuch, czternasta Menda Szaflarska, piętnasty ryży Brutus. Biedny Hula miał trochę pecha, bo do drugiej serii się nie zakwalifikował. Dwóch miejsc mu zabrakło. Ale nie był jakoś tym bardzo załamany.
Za to gnom szaflarski łaził dumny, jakby co najmniej Puchar Świata wygrał, a nie tam w połowie stawki skończył. Wiewiór śmiał się jak debil, bo on niczego więcej za bardzo nie potrafi. Czasem mu tam jakieś skoki bez garbika wyjdą, ale poza tym nie ma szału. Sierściuch marudził, że to mu nie wyszło, że tam krzywo, a tu znowu nie tak w locie... Z chęcią zatkałabym mu otwór gębowy wacikami. Kamil z kolei nic sobie z tego piątego miejsca nie robił, mimo że Tadzio naciskał, że przecież on to Willingen tak kocha, a tu wyjątkowo brak podium. Panie, wczoraj byliśmy pierwsi. Mówi to coś panu?
W każdym razie wychodziło na to, że Niemcy wygrywają na ziemi polskiej, a Polacy na niemieckiej. I ja nie nie jestem pewna, czy Adolfikowi by się to tak do końca podobało.

* * *

– Ile dają za morderstwo przez uduszenie?
Właśnie się ziszczał mój najgorszy koszmar. Stałam na scenie, na której prawie wszystko było czarne, nawet podłoga. Nieco za kulisami stał sprzęt audio, a obok niego – chuderlawy koleś w obcisłych getrach i podkoszulku Guns’N’Roses. Na siwiejącym łbie miał różową opaskę. Jego mina świadczyła o tym, że wiedział, co się święci.
Ze wszystkich instruktorów tańca na Śląsku ten bęcwał musiał wybrać akurat takiego, któremu w „naszych” godzinach mogli udostępnić wyłącznie salę teatralną w centrum kultury. Całe szczęście, że nie wolno było wpuszczać do niej widzów, bo wtedy na pewno w torbie, oprócz stroju do ćwiczeń, przywiozłabym ze sobą siekierę.
– To zależy – odpowiedział Zniszczoł, stojąc naprzeciw mnie w pezetenowskich fatałaszkach treningowych, jakby wcale nie zrozumiał mojej subtelnej aluzji. – Jak z premedytacją, to nawet ze dwadzieścia pięć lat.
– Hmm, czyli będę jeszcze przed pięćdziesiątką... – udałam, że się zastanawiam.
Zniszczoł wyszczerzył się szerzej niż zwykle, co spowodowało u mnie tylko mocniejszy skręt żołądka. Kruczku, gdzie jesteś? Jemu to chociaż mogłabym pół żartem, pół serio zasugerować, żeby mi dorzucił ze stówę do wypłaty za użeranie się z niepełnosprytnymi, a temu szwabskiemu malkontentowi to strach było uwagę na rozwiązane sznurówki zwrócić.
– Ja ciebie też! – zawołał wesoło.
Na następne urodziny zamierzam zażyczyć sobie czołg.
– Okej, no to tak. – Nie do końca heteroseksualny instruktor, skończywszy użerać się z wieżą audio, przyklaskiem zwrócił na siebie naszą uwagę. – Na początek chciałbym poznać wasz sposób poruszania. Pokażcie mi, jak czujecie muzykę, jak czujecie swoje ciała w tańcu, jak wygląda wasze porozumienie w tej kwestii. Jako przyszłe małżeństwo na pewno rozumiecie się całkiem nieźle w życiu, ale na parkiecie może być różnie.
Czy on... czy według niego... CO?!
Helena, mam zawał.
– Ale my... – zaczęłam, ale w tym samym momencie ten ryży małpiszon uszczypnął mnie w udo.
Przepraszam bardzo, czy ja dobrze rozumiem, że ten ZASRANY KRETYN POWIEDZIAŁ MU, ŻE PRZYSZEDŁ NA LEKCJĘ ZE SWOJĄ NARZECZONĄ?! CZY JA WYGLĄDAM NA KOGOŚ, KOMU GROZI JAKIKOLWIEK ZWIĄZEK?! Radziecki się nie liczy.
Spojrzałam na gnoja piorunującym wzrokiem. W odwecie za chamstwo z całej siły nadepnęłam mu piętą na śródstopie. Oczy zaszły ryżemu Brutusowi łzami, ale dźwięku z siebie nie wydał. A jeszcze lepsze, że nasz instruktor akurat pierdolił od rzeczy, odwrócony do nas tyłem, szukając jakiegoś utworu na swoim iPodzie podpiętym do wieży.
Niech się Zniszczoł zacznie modlić, żeby mi wystarczyło cierpliwości na dziś.
– ...więc włączę wam utwór, a wy postarajcie się do niego zatańczyć tak, jak czujecie, okej?
CO?! ODWRÓT, ODWRÓT, EWAKUACJA, SOCHA STĄD SPIERDALA!
Ale nie miałam czasu na ucieczkę. Zniszczoł już przekroczył dzielący nas dystans i objął mnie jedną ręką w pasie, drugą zaś złapał za wolną dłoń i trzymał ją w powietrzu zgiętą w łokciu. Tak mnie do siebie przyciskał, że nasze bebzuny się stykały, a przy tym też moje cycki z jego klatą.
Co za pojeb dołożył do pieca jak nienormalny? Gorąco tam było jak w jakiejś zasranej kotłowni. I przez to wszystko pikawa mi zaczęła dudnić jak dzwonnik z Notre Dame.
Instruktor włączył...
– Ja pierdolę – mruknęłam, krzywiąc się strasznie.
Love Me Like You Do. Chyba bardziej Kill Me ‘Till You Can.
Zniszczoł ścisnął mnie jeszcze bardziej i zarzucił moją zwisającą dotąd swobodnie lewą rękę sobie na szyję. Jako że taka bliskość średnio mi pasowała, musiałam jakoś odreagować, więc wyrwałam matołowi włosa z tyłu głowy. Obrzucił mnie pełnym gniewu spojrzeniem.
Mwhahahahahaha!
Goulding zaczęła śpiewać, a my zaczęliśmy... deptać kapustę. Ruchy mieliśmy tak niezschynchronizowane, że potykaliśmy się co chwilę i w ogóle nie istniało u nas zjawisko poczucia rytmu. Kątem oka zauważyłam, że ziomek gej-instruktor przykrył oczy dłonią. Jest szansa, że go po prostu rozbolały... od patrzenia na nas.
Chciałam się zapaść pod scenę.
W momencie, w którym poczułam pot spływający mi po plecach z zażenowania, Zniszczoł nagle mnie od siebie odepchnął, nie puszczając jednej mojej dłoni, po czym siłą rozpędu przyciągnął mnie z powrotem, tak, że po drodze obróciłam się wokół własnej osi. Tak mi się zakręciło w głowie, że obiad podniósł mi się w żołądku. Chwilę później wywijałam takie obroty na scenie, że to całe zasrane centrum kultury kręciło się wokół mnie.
Odwaliliśmy tango, że ja pierdolę. Raz wskoczyłam Zniszczołowi na plecy, śmiejąc się jak zdrowo pierdolnięta, innym razem rudy cymbał wziął mnie na ręce i wykonał kilka obrotów. Prawie obsrałam się ze strachu, kiedy bez uprzedzenia złapał mnie za dupsko i uniósł tak, że miałam pępek na wysokości jego gęby. Swoją drogą on może nie wygląda, ale musi być silny jak tur. Ja w końcu nie jestem primabaleriną.
Śmialiśmy się nienormalni. W sumie... nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak dobrze się bawiłam ktoś mnie tak wytrząsł. Jako że trochę se tam mam umiejętności, to dodatkowo darłam mordę razem z Ellie Goulding. Wzięliśmy się raz pod ręce i zaczęliśmy się kręcić jak na góralskim weselu, przyklaskując do tego.
Aż muzyka zwolniła.
I’ll let you set the pace...
Zniszczoł przycisnął mnie do siebie mocno, ale powoli. O chuj, co się odpierdala? – to tyle, jeśli chodzi o moje elokwentne myśli. Sekundę później poczułam, że przechylam się do tyłu, a nielot Kruczkowy trzyma mnie w pasie. Wtedy sobie pomyślałam, że chyba nie na tym związek polega, że wstydzisz się czegoś przed drugą osobą, tylko raczej chcesz jej wszystko o sobie wiedzieć i wiedzieć wszystko o niej, więc... mimo wszystko to Agata powinna z nim tu być? Ale ja się tam nie znam, jestem tylko pierdolniętą asystentką trenera, na życiu i związkach nie znam. #SokratesModeOn.
– ‘Cause I’m not thinking straight...
Kiedy prawie dotknęłam głową podłogi, Zniszczoł poderwał mnie do góry i znowu zaczął mną wywijać, jakbym ja umiała tańczyć. W międzyczasie instruktor mruknął coś, co brzmiało bardzo jak: „Ja pierdolę, dlaczego zawsze mnie muszą się trafiać przypadki beznadziejne”, ale nawet nie miałam ochoty ani siły się na niego wkurwiać, bo Zniszczoł robił ze mnie pretendentkę do „Tańca z gwiazdami”.
– ŁOT AR JU ŁEJTIN FOOOOOOOOR! – zawyłam po raz ostatni tego dnia, siedząc u Zniszczoła na barana.
Byliśmy tacy zdyszani, że ledwo żyłam, a właściwa lekcja miała się dopiero zacząć. Mimo że jakiś dziwny uśmiech (który chyba wyjątkowo nie przypominał miny rotweilera z zatwardzeniem) nie chciał mi zejść z gęby, ciągle siedząc rudej wszy na barkach, wycedziłam przez wyszczerzone zęby:
– I tak cię uduszę, Zniszczoł.






Wow, nie było mnie tu niecałe trzy miesiące... To i tak nieźle, jak na mnie. :D Bo mam wrażenie, że zostawiłam Was na co najmniej pół roku!

Przepraszam, że to jest takie zupełnie inne niż dotychczas. Zmieniam się, więc moje pisanie niejako za tym „nadąża”. Mimo wszelkich starań, nie potrafię wrócić do poprzedniego Tośkowego rytmu. Czy mimo to zechcecie zostać z Tośkowymi, by poczekać na rozwój sytuacji?

ZWŁASZCZA ŻE TERAZ TOLKOWCY DOSTALI PORZĄDNĄ DAWKĘ TAK POŻĄDANEGO PRZEZ NICH CONTENTU!!!

Przy okazji chciałam dodać, że znalazłam utwór, który idealnie oddaje charakter Mendy. Kto się wsłucha/wczyta w tekst, ten się ze mną zgodzi. XD

Jak oceniacie powrót? Ja w sumie dość słabo... bo moim zdaniem zaczyna w tej historii brakować Tośkowego pazura. A może mi się wydaje? Mało dziś o interakcjach z pozostałymi zawodnikami, ale to dlatego, że rozdział taki trochę skupiony na Tolku. W następnym zaczyna się rozwijać śledztwo, więc będzie trochę mniej... hermetycznie. ;)

PS Do sceny z tańcem musiałam wykorzystać M. – żeby lepiej opisać chwyt Zniszczoła. XD
PS2 WYŁĄCZLI GADŻET ANKIETOWY, ZŁODZIEJE BLOGSPOTOWE!