16 kwietnia, 2017

3. Detektyw Inwektyw

Oh, can't you see?
I'm just being me
I can't be you
And I don't want to be
Don't try to get
Inside my head
Cause what you see is what you get



– Kubacki, czy ty jesteś pojebany?
Pytanie niby głupie, bo odpowiedź nasuwa się sama, ale wolałam spytać, żeby jakoś opóźnić swój wybuch gniewu.
Im dłużej słuchałam dowodów jego rzekomego geniuszu, tym większa część mojego mózgu obumierała. Nie wiedziałam, że można wpaść na tak absolutnie popierdolony pomysł, więc mi komórki nerwowe zaczynały gnić. To co musiało się stać wcześniej z jego komórkami?
Skrócę wam Mendy wywód karkołomny i powiem od razu, że sobie cymbał ubzdurał, że celem zdobycia informacji JA odwiedzę Agatę Kruczek i przeprowadzę z nią wywiad. Każdy głupi by go wyśmiał, ale nasz kadrowy Inspektor Imbecyl w ogóle nie brał odmowy pod uwagę. Za argument miał fakt, że parę razy odwiedziłam – dodam, że zupełnie przelotnie – chatę Treneira.
Trzymajcie mnie, bo zaraz wsiądę w moją Żółtą Łódź Podwodną, zajadę do Nowego Targu i mu ręcznie wyperswaduję wszystkie chore pomysły.
Podobno chciałaś uczestniczyć w śledztwie, a robisz scenę już na pierwszym etapie – warknął.
– A skąd miałam wiedzieć, że ten twój „pierwszy etap” będzie taki zjebany?! – odwarknęłam, po czym zerknęłam na Tymka, czy aby przypadkiem nie słucha.
Nie jest zjebany, jest LOGICZNY – warczał dalej. Z drugiej strony słuchawki usłyszałam pełne gniewu westchnienie. – Słuchaj, musimy z nią pogadać. Ona się z nim ostatnia widziała. Może był jakiś dziwny, może coś mówił, a może to jeden wielki pic na wodę fotomontaż i ona nam to w sekrecie zdradzi?
HAHAHAHAHAHAHAAHAHAH. Przepraszam, czy my mówimy o TEJ SAMEJ Agacie Kruczek?
– A nie możecie zrobić tego sami? Muszę ja ściągać specjalnie do Buczkowic?
Z telefonem przyciśniętym do ucha przez bark podeszłam do lodówki, bo pora była najwyższa, żeby zrobić na obiad coś, co nie powoduje raka, otyłości, cukrzycy i niestrawności... tak szybko. Chociaż jak słyszałam ten głos w moim prawym uchu, to trochę się jeść odechciewało.
Wyjęłam filet z kurczaka i mrożonki na parę. Przeniosłam się pod szafki, żeby wyjąć ryż.
Moglibyśmy – przyznał Mustaf o wiele normalniejszym tonem – i, oczywiście, zrobiliśmy to lepiej – wywróciłam oczami – ale jeśli zobaczy przyjazną, znaną gębę, to łatwiej jej będzie mówić.
Zaczęłam wyjmować gary.
– Przepraszam bardzo, Kubacki, ale czy ty chcesz mi powiedzieć, że przez dziewięć lat pracy z Kruczkiem nie rozmawiałeś z jego żoną ANI RAZU?
Rozmawiałem, wszyscy rozmawialiśmy – odparł, ale było coś dziwnego w jego głosie. – Tyle że ona... jakby to ująć dyplomatycznie... w chuj nas nie lubi.
Dyplomacja, poziom: Szaflarska Menda.
Podstawiłam jeden z garnków pod kran i zaczęłam nalewać wody.
Uważa, że to przez nas tyle go nie ma w domu, jest taki roztargniony, ple, ple, ple. – Nie mogłam go zobaczyć z tej odległości, ale wiedziałam, że ten tam po drugiej stronie właśnie wywraca oczami. – To jak? Ruszysz swoją tłustą dupę? I tak chyba musisz oddać tego kuzyna, nie?
Wiecie, w sumie to Kubacki miał w życiu więcej szczęścia, niż sobie to nawet mógł wyobrazić. Bo gdyby stał w zasięgu mojej ręki, to już by nie stał, tylko leżał. Martwy. W najlepszym wypadku ciężko kontuzjowany.
– NIE! – odwrzasnęłam i rozłączyłam się.
Przepraszam bardzo, ja wiem, że może do Kate Moss to mam o dwadzieścia kilo za dużo i trzydzieści centymetrów za mało, ale jakąś tam godność swoją ludzką posiadam i nie będę przystawać na propozycje okraszone inwektywami. A zwłaszcza nie od tego cymbała.
Skupiłam się na przygotowywaniu posiłku. Tymek oglądał bajki w salonie, a ja, tłukąc filety, wyobrażałam sobie, że rozwalam łeb Kubackiego, w związku z czym kilka wyszło zbyt cienkich. Potem ułożyłam sobie własne słowa do melodii Włosów w wykonaniu Elektrycznych Gitar i od razu poczułam się jakoś pewniej. Mięso się już gotowało, ryż czekał na wrzucenie do wrzątku, mieszanka warzyw dusiła się na parze, więc oparłam się o blat i spojrzałam w bok, za okno.
To wszystko było dziwne. Czułam się jak wyrwana z innego wymiaru. Odkąd tylko przystałam (nieświadoma, rzecz jasna) na podstęp Treneira, wiedziałam, że to raczej krejzol, średnio rozgarnięta czternastolatka w ciele faceta w wieku średnim, ale myślę, że nikt z nas nie podejrzewał, że pewnego dnia zgubi się jak Lessie. Bywały takie momenty, kiedy myślałam sobie: To się naprawdę dzieje? Jakoś trudno mi było w to wszystko uwierzyć. Miałam wrażenie, że lada chwila skończy się mój urlop, przyjadę pod Wielką Krokiew, gdzie zobaczę zmartwionego trenera, pytającego mnie z przejęciem: „Tośka, a bilety to ty wzięłaś? A nie widziałaś moich bamboszy? Jezu, a spakowaliśmy wszystkie woski?”.
Westchnęłam.
Nie dość, że nie mogę spać ze względu na koszmary, to jeszcze teraz ze względu na szefa.
A mój telefon dalej dzwonił jak nawiedzony. Skutecznie go ignorowałam... Do czasu, rzecz jasna.
I choć cię rodzina z domu wygania, choć cię trener z papierami gania, to ty tęp, tęp, tęp wszystkie mendy jak myyyyyy! – intonowałam, mieszając warzywa dla kontroli i sprawdzając stopień napęcznienia gotującego się ryżu.
Wtedy to właśnie, u końca mojej pracy kuchennej, nerwy mi puściły i postanowiłam odebrać.
– Powiedziałam ci, że nie! – warknęłam bez zbędnych wstępów.
Zobowiązałaś się brać udział w śledztwie, więc mnie teraz nie wnerwiaj!
– Skąd miałam wiedzieć, że mianujesz się jego nadinspektorem?!
No nie wiem, mogłaś się domyślić! Kto odkrył tajemnicę smarkacza Prevca, co?!
A, bo ja Wam jeszcze nie opowiadałam.
Otóż na początku sezonu, który dla nas zaczął się podejrzanie dobrze – historyczne zwycięstwo w drużynówce, całkiem fajne miejsca w indywidualnych, Miszczunio z miejsca w dziesiątce – wymiatał najmłodszy z męskiej części rodziny Prevców, Demon. Nie mylić z Domenem, bo to dziecko mamy Petera, które z założenia miało być po prostu grzecznym chłopczykiem i ostatnim męskim potomkiem w tym pokoleniu. Szczyl, bo nie wiem, jak inaczej można określić tego siedemnastolatka o gębie psa Pluto, wygrywał konkurs za konkursem, panoszył się jak nie wiadomo kto. Łaził w żółtym staniku i myślał, że sobie wygra cały ten Puchar Świata. A mi się coś nie wydaje. Bo na tym Turnieju Czterech Skoczni, z którego Miszcz wywiózł Złotego Gila, to on siły jakiejś nadzwyczajnej nie pokazał.
W każdym razie Kubacki wziął sobie za punkt honoru odkryć, co też takiego stoi za sukcesem tego obszczymura. Pamiętacie może, jak w zeszłym sezonie kamera w Zakopanem pokazała go wcinającego coś czerwonego? Myśleliśmy, że to pomidor. A dupa tam. Papryka. I według świadków to właśnie ona stoi za jego sukcesem. Skrupulatny wywiad, przeprowadzony przez Szaflarską Mendę, sprawił, że na paprykę uparli się Wiewiór z Sierściuchem i odpuścić nie chcą. Team Papryka się nazywają.
Fejspalm i siara jak glob wielki, ale zostawmy to.
Najwyraźniej to małe śledztwo środowiskowe umocniło Kubackiego w przekonaniu, że jest on śledczym zjawiskowym (w czym nie mógł się bardziej mylić) i dlatego mianował się samozwańczym kapitanem tonącego okrętu zwanego polską kadrą bez Kruczka.
No przepraszam bardzo, ale takich farmazonów to nawet ja nie zniesę.
– A co to ma do rzeczy?!
A chcesz, żeby ci wcisnęli za szefa jakiego Szwaba Pointnera?!
W tej samej chwili poczułam, że coś ciągnie mnie za rękaw i był to Tymek. Przykryłam mikrofon komórki, nachylając się do kuzyna.
– Tosia, a dlaczego inspektor Gadżet jest taki zjebany?
Przełknęłam głośno ślinę.
– Będziemy jutro.

* * *

Ostatni raz jechałam tą drogą, kiedy wracałam do Wisły na święta. Z pewnych względów nie mogłam ich spędzić z rodzicami i, niestety, bożonarodzeniowa atmosfera nie miała tu żadnego znaczenia. W zasadzie po konkursie w Engelbergu mogłam od razu zostać w górach, ale musiałam pozbierać niezbędne manatki i, OCZYWIŚCIE, prezenty, więc jechałam tu na dwa dni przed świętami, bo oprócz tego jeszcze miałam ciupać jakieś treningi z nielotami Kruczka. Pamiętam, że strasznie waliło śniegiem, ale jako że matiz poszedł w odstawkę (tu proszę zapalić świeczki, by uczcić jego pamięć), bałam się o swoje trochę życie mniej.
W sumie to nie były takie złe święta.
Moi rodzice zawsze chcieli spędzać Wigilię w bardzo okrojonym gronie – tylko my i mieszkający z nami dziadkowe. Ale mi się zawsze marzyły takie święta z pierdolnięciem, gdzie dom byłby pełen ludzi, śmiechu i oczywiście zapierdolu po łokcie. Mama za każdym razem powtarzała mi, że zmienię zdanie, jak będę musiała sama wszystko przygotowywać, ale nie łudźmy się, ja nigdy własnej rodziny nie założę. Dla mojego gatunku to po prostu niemożliwe.
U Rudeckich nie tłumów nie uświadczyłam, ale ważniejsze było to, co wydarzyło się później. Koło dwudziestej, kiedy karpik opadł mi trochę w żołądku, a zmęczony żarłem i radością z prezentów Tymek zasnął przy Piotrusiu Panu, zapinkolił dzwonek do drzwi. Spojrzeliśmy po sobie z wujostwem zdziwieni, ale poszłam otworzyć. Jeszcze mi się strudzony wędrowiec nie przydarzył.
– Cześć. – Czy ja tę rudą mordę będę musiała do końca życia oglądać? I to w dodatku w tym swoim wiecznym paraliżu. – Wesołych świąt, kasztanie!
– Cześć, wesołych, matole. – Odsunęłam się, robiąc przejście dla Zniszczoła, ale ten tylko pokręcił pełną płatków śniegu czupryną.
– Porywam cię do słynnej rezydencji Zniszczołów, w której, jak mniemam, miałaś już zaszczyt gościć.
Pozostawię to bez komentarza.
Zmarszczyłam brwi. Już miałam coś powiedzieć, kiedy ten, jakby czytając w mojej zakutej blond łepetynie, dodał:
– Agata przychodzi dopiero jutro. No, zbieraj swoje zacne dupsko, wrzucaj płaszcz i jedziemy na dalszą część biby.
– Po co? – burknęłam, kiedy Zniszczoł jednak wlazł, bo wpuszczał zimno do domu.
O ile mnie pamięć nie myliła (a nie myliła mnie), szanowna pani mama rudego nie pałała do mnie miłością wieczną i żywą. Spotkałyśmy się tylko raz, ale tak mi pojechała za plecami, że nawet Zniszczoł sam musiał interweniować.
– Mama powiedziała, że chce wreszcie lepiej poznać moją najbliższą przyjaciółkę.
Czy on mógłby przestać się tak szczerzyć? Karpia nie chce mi trawić.
Nie czułam się jakoś superprzekonana, więc z niechęcią powlokłam się na górę po rzeczy, a w tym czasie Aleks gadał z Rudeckimi w salonie. W końcu jednak znalazłam się w tym jego niezmordowanym czarnym oplu astrze i jechaliśmy do niego.
Pamiętałam tę drogę jak mało którą trasę w życiu. A pamięci do tras to ja nie mam za nic, ale o tym chyba wiecie. Tym razem jednak nic mi się nie kotłowało w żołądku. No, może trochę, tyle że w niższych partiach brzucha. Wiecie, stres i kapusta to niezbyt dobre połączenie. Ale coś się jednak zmieniło. Między innymi to, że przed płotem i na podjeździe stało kilka samochodów, wszystkie światła się paliły i już sprzed furtki dało się słyszeć śmiechy i rozmowy.
– A obejrzymy Kevina? – spytałam z nadzieją w głosie, kiedy zmierzaliśmy do drzwi wejściowych.
– Pytanie! – prychnął. – Nie ma świąt bez tego typka!
Nieco pokrzepiona tą obietnicą przekroczyłam próg Zniszczołowej zaludnionej rezydencji. Początkowo wszystko szło fajnie, bo nie dotarliśmy do salonu, a tam dopiero znalazłam się w blasku jupiterów kilkunastu par świecących od wina oczu. Wszyscy oderwali się od swoich zajęć. Kątem oka dostrzegłam, że na ekranie telewizora lecą pierwsze sceny świątecznego hitu Polsatu, ale to nie pomogło przerobić mojej miny ratlerka z zatwardzeniem na uśmiech.
Siostrze i rodzicom nie musiał mnie przedstawiać, co najwyżej przypomnieć, że się już znamy, ale poznałam tyle jego ciotek i kuzynów, że wszystkie trzy kadry skoczków mniej sobie osób liczą. Nawet nie starałam się ich zapamiętywać. Skupiłam się na jego matce, która – najwyraźniej nieco rozluźniona winem – uśmiechała się, śledząc każdy mój ruch jak snajper.
W ramach cudów świątecznych olśniło mnie, skąd mogła pojawić się taka niesłychana odmiana u pani Zniszczołowej. Doszłam do wniosku, drogą genialnej dedukcji, że skoro nie zagrażałam już jej synkowi jako potencjalna dziewczyna, to mogła zacząć oswajać potwora. Może się gdzieś tam pogodziła z faktem, że już zawsze będę musiała pilnować pampersa Kruczka. A patrząc po stopniu przychlastnięcia Zniszczoła do mojej osoby, nie można było mieć nadziei, że odpuści sobie torturowanie mnie swoją obecnością przez najbliższą dekadę.
Wtedy w mojej głowie mignęła myśl: A może wcale nie. W końcu chłopak za kilka miechów będzie pożeniony, nie? Będzie miał obowiązki, dzieci, to już nie będzie czasu na Sochę i jej towarzystwo, skądinąd zaszczytne.
BORZE, JAK DOBRZE.
– Cieszę się, że wpadłaś – oznajmiła łagodnie.
Skwaśniała mi gęba. Poniekąd nie miałam wyboru.
– Bardzo ładnie przystroiła pani dom – palnęłam.
Tak naprawdę ozdoby to było nic. Tam był tak zwany full house. Ludzie. Rozmowy. Śmiechy. Wielka rodzina. Coś, czego nigdy nie zaznałam, a czego pragnęłam w każde święta. Trochę jak Kevin. Tylko choinkę ładniej stroiłam. Równie dobrze mogliby mnie posadzić na podłodze z butelką mineralnej – teraz byłabym zadowolona.
Widzicie? Na starość człowiek dziadzieje. Sentymentalny się robi i w ogóle miękki jak Maxi King w środku (bo na zewnątrz twardy).
– Dziękuję – odparła bez zażenowania. Podziwiam. – Jakiś stres przed turniejem?
– Nieee – mruknęłam, zerkając nerwowo w kierunku telewizora. HALO, CYMBALE, MOŻE BYŚ ZAKUMAŁ, ŻE TAM LECI NASZ FILM ŚWIĄTECZNY? – Już przez to przeszłam. Nasi sobie poradzą.
Śmiechom nie było końca...
– A co słychać u rodziców? Trochę się zdziwiłam, że zostałaś u wujostwa na Wigilię.
Zniszczoł zrobił jakąś dziwną minę do swojej matki, ale ta wyglądała na niezbitą z tropu.
I po zajebistych świętach.
– Wyjechali – odparłam chłodno. – A ja nie miałam ochoty na wycieczkę.
Między nami zapadło chwilowe milczenie. Ojciec Zniszczoła zabawiał jakiegoś brzdąca, siostra rudawego buraka siedziała na kolanach chłopaka na fotelu w kącie, jacyś dwaj kuzyni ganiali po domu z plastikowymi karabinami, trzy ciotki zawzięcie dyskutowały o menopauzie, podjadając wystawione na stół ciasta, jacyś wujkowie siłowali się z korkiem od wina, kuzynki w naszym wieku parzyły sobie kawę w ekspresie, dwie babcie narzekały na młodzież w autobusach, ktoś upominał swoje dzieci.
– Cóż... chciałam cię tylko poinformować, że u nas możesz czuć się jak w domu.
To już wiemy, po kim Zniszczoł odziedziczył tę rozbrajającą bezpośredniość. Dobra, przestałam być na nią zła. Uśmiechała się, piła wino i w ogóle przyjazna dla środowiska była.
– Powiedz mi lepiej, jak ty znosisz tego osobnika przez tyle godzin w tygodniu. – Wskazała głową na Zniszczoła, który wyszczerzył się jak dureń.
– Mamo, ona by beze mnie dnia tam nie wytrzymała! – zawołał, obejmując mnie ramieniem i przyciskając mój policzek do swojego.
Wybuchnęłam dzikim śmiechem, odpychając go od siebie.
– Pfff! Bez ciebie to bym mniej tabletek na uspokojenie brała, ośle.
– A Kubacki?
– A Kubacki to jest poza wszelką skalą, wiesz o tym.
Teraz nie dość, że się szczerzył, to jeszcze brwiami ruszał, jakby nadpobudliwy był jakiś.
– Czyyyliii... jakbym odszedł, to byś popadła w otchłań rozpaczy.
Prychnęłam.
– Tydzień bym nie trzeźwiała z radości.
– Dobra, dobra, Socha, wszyscy wiemy, że ty beze mnie życia nie masz.
Poczułam się, jakby mnie ktoś strzelił w pysk. Zniszczoł chyba szybko się połapał, że palnął gafę, więc zrehabilitował się naprędce:
– Ale ja bez ciebie też nie.
Zmarszczyłam brwi.
– A Agata?
– To inna para kaloszy. – Chrząknął nerwowo. – Dobra, mamo, daj nam spokój, święta są. Przemówiłabyś ludzkim głosem. – Pokazał jej język, a ona pogroziła mu palcem. – Idziemy oglądać Kevina.
Kubacki miał rację. W Wigilię świnia przemówiła ludzkim głosem, bo rozmawiałam z prawie wszystkimi członkami rodziny Zniszczoła podczas seansu i dla nikogo nie byłam wredna – prócz Zniszczoła, ale bałwan sobie zasłużył ponad rokiem znajomości. Czułam ciepło. Czułam spokój. Prawie zapomniałam o koszmarach, które wtedy prześladowały mnie już od miesiąca.
Niechcący kimnęło mi się na godzinę, ale obudziłam się w sam raz na pasterkę, na którą szliśmy we dwójkę.
Kiedy mnie odwoził tej nocy do domu Rudeckich, zanim wysiadłam z samochodu, powiedziałam półsennie:
– Dzięki za wszystko. Wesołych świąt jeszcze raz. Ale tak od serca.
Uśmiechnął się. Wiecie, ten jego paraliż nie zawsze jest wkurwiający. Nie po dużych ilościach wina, pierników i kolęd.
– Wesołych świąt. Ale tak od serca.
W sumie to były najlepsze święta w moim życiu. Ale nie mówcie tego Zniszczołowi, dobra? Bo jeszcze w dupie mu się poprzewraca od tego dobrobytu.


Teraz jednak wracałam tą drogą nerwowa, przeklinając Kubackiego pod nosem. Jeszcze wczoraj wybrałam numer Kruczkowej z listy kontaktów awaryjnych i umówiłam nas na spotkanie. Głos miała ponury tak, że niemal widziałam ją przyodzianą w kir. Prawdę mówiąc, ta baba jest nawiedzona, i to wiadomo nie od dziś. To znaczy – mnie to wiadomo. Najwyraźniej Kubacki nie wziął tego czynnika pod uwagę, a powinien, skoro ją spotkał.
Zaparkowałam przed domem wujostwa, ale zanim wysiadłam odwróciłam się do grającego na telefonie Tymka.
– Ej, mały. – Kuzyn wyłączył grę i spojrzał na mnie. – Pamiętaj, że nie wolno ci używać słowa na „z”.
Zjebany? – Zachichotał.
– Tymek, to nie jest śmieszne!
Ale jemu się podobało.
Wyciągnęłam małego zdrajcę, wytaszczyłam nasze bagaże i weszłam do domu wujostwa. Tam powoli przygotowywałam się na bolesną śmierć. Już wcześniej spisałam listę pytań. Nie mogłam ich mieć przy sobie, bo to w założeniu miało być spotkanie prywatne. Gdyby ta wariatka zorientowała się, co knujemy, byłaby w stanie wezwać policję, a mną wytrzeć podłogę w kiblu. Ona naprawdę jest dzika. Nie mam pojęcia, jak została żoną Kruczka, który poza tym, że o wszystkim zapomina, jest raczej przyjaznym dla środowiska zwierzęciem.
Sama się tak jakoś żałobnie ubrałam. Cóż, to mógł być mój ostatni dzień.
Pozbierałam do pożyczonej od ciotki torebki najpotrzebniejsze pierdoły i mogłam ruszać. Tyle że przy zakładaniu butów poczułam wibracje. Zanim przekopałam się przez ten cały pierdolnik, który z sobą wzięłam... Okazało się, że był to sms od Mendy o treści:

Pamiętaj, po wszystkim będziemy czekać pod domem Twojej ciotki. Nie schrzań tego, sieroto.

Powstrzymując przemożną chęć rozwalenia komórki o ścianę, wrzuciłam ją do torebki i pognałam do swojej Żółtej Łodzi Podwodnej.
Dom Kruczków był raczej zwyczajny, wolnostojący, ale mieli sporo sąsiadów. Na tyłach rósł ogród z altanką, huśtawką i pierdyliardem krzewów, kwiatów i klombów, których Kruczkowa strzegła jak Cerber. Na podjeździe stało auto trenera, dom wydawał się jakiś smutny i szary, chociaż nie wiem, może to od tego śniegu? Bo on miał kolor srajtaśmy.
Ściągnęłam gniewnie brwi, po raz ostatni wyobrażając sobie Kubackiego skąpanego we własnej krwi, przeszłam przez furtkę i zadzwoniłam do drzwi. Musiałam chwilę poczekać, ale w końcu usłyszałam, że się szanowna gospodyni pofatygowała, żeby mi otworzyć.
Ona rzeczywiście miała na sobie żałobny kir. Ba, nawet woalkę. W dłoni mięła chusteczkę, oczy i nos miała czerwone i wyglądała jak siedem nieszczęść. Znaczy – bez przesady, w obcisłej kiecce, wymyślnym kapeluszu z woalką i szpilkach miała siłę paradować, więc to był... taki jej szurnięty poziom nieszczęścia. Na mój widok wymusiła uśmiech.
– Ach, Aśka, to ty! – zawołała zbyt wysokim tonem. – Wejdź, wejdź.
Po zastanowieniu stwierdziłam, że w sumie dlaczego tylko Menda ma cierpieć? Wszystkim im łby poukręcam.
Tak. Agata Kruczek nie mogła spamiętać mojego imienia przez ponad rok. Nie mogła albo nie chciała. Dla ogólnego bezpieczeństwa – wolę nie wnikać.
– Dzień dobry – wymamrotałam, zbierając całą swoją energię, by ta mina zdychającego łosia przypominała uśmiech. Z drugiej strony – może dzięki temu wyglądałam na bardziej przygnębioną. Wiecie, współczucie, dzielenie tych samych emocji, sympatia... Co ja brałam? – Na pewno nie przeszkadzam?
Dom wyglądał, jakby był niedawno szorowany na kolanach. Dosłownie mogłam się przejrzeć w kafelkach w holu. Miałam tak samo paskudny ryj, jak zawsze. Niestety.
– Ależ skąd! – zapewniła mnie uroczym tonem. Zaczynałam się bać, bo ona zwykle spoglądała na wszystkich spod byka. Teraz jednak prowadziła mnie przez dom, zabierając ode mnie płaszcz. – Jestem tu teraz taka samotna... Dzieci są u babci, nie chciałam, żeby mnie widziały w takim stanie...
Zdjęłam prędko buty i dogoniłam ją w drodze do salonu.
W sumie to była spora szansa, że potrzebowały teraz, jak nigdy, matczynego ramienia, ale ja się nie znam, nie? Śledztwo tu przyszłam prowadzić.
W życiu nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę, zwłaszcza o sobie.
– Rozgość się. – Zamaszystym ruchem wskazała na kanapę.
Pacnęłam na nią sztywna. Próbowałam się rozglądać dyskretnie, ale głowa mi latała jak nakręcona. Niewiele zmieniło się w ich domu, zaledwie drobiazgi. Miałam wrażenie, że brakuje niektórych ozdób, ale może sprzedali. Albo ta wariatka w szale wytłukła całą porcelanę.
– Chcesz czegoś do picia?
Ten jej sztuczny uśmiech powodował u mnie skręt żołądka.
– He-herbaty bym się napiła.
Ja się do tego nie nadaję. Ja mogę kryminał napisać, ale detektywem to ja nie zostanę. Miałam ochotę spierdolić, skoro tylko Kruczkowa zniknęła w kuchni. Powstrzymywała mnie obietnica. A sekundę później zauważyłam na jednej z komód zdjęcie – jedno z niewielu, które pozostawiono na wierzchu – trenera z całą kadrą, z całym sztabem. Był ucieszony na nim jak prosię w deszcz. Pamiętam ten moment. Zakończenie Letniej Grand Prix, na której Sierściuch zaszalał jak łysy u fryzjera i wygrał wszystko. I trzyma formę. Minutę przed zdjęciem trener spanikował, że zgubił telefon. Nie, żeby do mnie z niego dzwonił właśnie w tamtym momencie czy coś.
Chciałabym, żeby teraz do mnie zadzwonił z pytaniem, czy mam jego telefon. To byłoby bardzo w jego stylu i ułatwiłoby mi życie. Przynajmniej wiedziałabym, że żyje. Pojechałabym za tym nieogarem nawet na drugi koniec świata. W gruncie rzeczy już to zrobiłam co najmniej raz.
– Proszę, Zosiu. – Kruczkowa postawiła przede mną filiżankę parującej herbaty.
Nie dość, że jakaś owocowa, to jeszcze nie w kubku z Milki.
– Tosia – bąknęłam. – Nazywam się Tosia.
Właściwie to Antek, ale potrafiłabym przełknąć nawet i to dla dobra śledztwa. Zaczynałam powoli wyliczać, ile przysług winien jest mi ten cieć z Nowego Targu – wliczając w to udawanie jego dziewczyny w Lahti. Nie wiem, może w końcu jakiś medal przytaszczy stamtąd w tym roku? HAHAHAHAHAHAHA, nie no, tak tylko żartowałam.
– Ach, nieważne. – Machnęła ręką i usiadła w fotelu naprzeciwko. – Moja droga, a jak ty się trzymasz?
Gówniana perfumowana woda poparzyła mi język. Skrzywiłam się więc, ale szybko odchrząknęłam, odstawiając filiżankę na uroczy do porzygu spodeczek.
– Eeee, nooo, tak sobie – odparłam elokwentnie. Opamiętałam się jednak w porę. – Znaczy bywało lepiej. Tę-tęsknimy za nim w kadrze.
Tak, nie ma go kilka dni, a my już usychamy z tęsknoty. O, źródło naszego życia, napój nas swoja obecnością...
Ty, co ona, kurwa, wrzuciła do tej herbaty? Zerknęłam nieufnie na napar, ale niczego podejrzanego w nim nie było, oprócz tego, że był podejrzanie tani.
– Och, ja wiem... – Znowu zaczęła się mazać, przyciskając chusteczkę do piersi. – On się tak poświęcał, tak kochał tę pracę...
Baaardzo się poświęcał. A najbardziej poświęcał mnie, bo beze mnie to on by nawet butów na dobre stopy nie włożył. Wiecie, Tymek w pieluchach mniej się mazał od tego babiszona. W duszy wywróciłam oczami, bo inaczej musiałabym wrzasnąć. Taka była egzaltowana, że jej uczucia mi bokiem wychodziły.
– Policja mnie tu nachodziła... wypytywali, dręczyli, a ja nie mam głowy do tego... mój mąż zaginął!
Wodospad łez potoczył się po jej twarzy, a ja żałowałam, że nie robi gdzieś kałuży, bo chętnie bym się w niej utopiła. Teraz już wiem, dlaczego Kubacki wymyślił mi takie zadanie – myślał, że sobie jelenia znalazł, co za niego czarną robotę będzie odwalał. Akurat!
Musiałam być jednak porządna, co nie?
– Czyli... – zaczęłam łagodnie. – Czyli nic pani nie mówił? Nie był jakiś... dziwny?
– Ile razy mam powtarzać, że nie?! Już to mówiłam policji! – wydarła się, a ja poczułam, jak mi ciśnienie rośnie. – On więcej mówił wam niż mnie!
Skrzywiłam się. Ona na pewno z nim żyła od kilkunastu lat?
– Eee... nie, proszę pani, on nam niewiele mówi.
– Na pewno mówił ci bardzo dużo jako swojej asystentce – syknęła jadowicie, aż mnie coś w kręgosłupie łupnęło.
Z jej oczu zniknęły łzy, teraz był tam nowy mieszkaniec – furia.
Głęboki wdech – wyyyydeeeech... Twój gniew jest czerwoną chmurą, którą wydalasz z organizmu razem z oddechem...
– Nie, proszę pani, nic mi nie mówił – wycedziłam przez zęby. – Kiedy ostatni raz go widziałam, był normalny.
Kubacki, jak ja cię za te fraki wytargam...
– A kiedy ostatni raz go widziałaś?
Halo, to ja tu miałam zadawać pytania? Trochę mnie zamurowało, ale nie straciłam rezonu.
– Półtora tygodnia temu, jak mi urlop dawał.
– Właśnie. – Zwęziła oczy do szparek, patrząc na mnie groźnie. – Zostawiłaś go, a miałaś pilnować.
Przepraszam, czy ja rozmawiam z niedosłyszącą?
– To. On. Dał. Mi. Urlop – powiedziałam z wyraźnym naciskiem na każde słowo. Niech mi ona dupy z gęby nie robi, bo nie ręczę za siebie. – Ja o niego nie prosiłam!
Kruczkowa nie-wdowa zapowietrzyła się, zmieszana.
– Powinnaś... – zaczęła, szalonym wzrokiem szukając po stole podpowiedzi. Jakbym jej chlusnęła tymi smakowymi sikami w oczy... – Powinnaś była zaprotestować!
– Przecież protestowałam! – warknęłam.
– Widocznie zbyt mało! Najwyraźniej w ogóle cię nie obchodził! – Teatralnie przyłożyła nadgarstek do czoła. – Taka byłaś lojalna wobec człowieka, który zrobił dla ciebie tyle dobrego!
Panie, nie dawaj mi siły, daj mi cierpliwość. Bo jak będę miała siłę, TO TĘ KUĆMĘ ZA KUDŁY WYTARGAM I PODJAZD NIMI ODŚNIEŻĘ!
Tak, ale najpierw mnie wkręcił w tę gównianą robotę, bo nie miał niańki, co by go na każdym kroku pilnowała. Gdzie mam, kurwa, iść bić pokłony? Dobra, mniejsza, już mu to wybaczyłam, ale ta zasrana paniusia nie miała za grosz pojęcia, jak wyglądała moja praca przy nim, jak w ogóle wyglądały nasze relacje, a śmiała mi tu jakieś kazania w tej materii prawić.
Zacisnęłam zęby i powieki.
– Nic. Pani. Nie wie.
– Ależ oczywiście, że wiem! – fuknęła, wykonując zamaszysty ruch ręką. – Zostawiłaś go tak na pastwę losu... To twoja wina! To WASZA wina! Przez was nie było go w domu, przez was nie mógł zapomnieć o skokach! Przez was olewał rodzinę! To przez was zniknął! Zostawiliście go, kiedy on dla was wszystko... JESTEŚCIE NAJWIĘKSZYMI WRZODAMI, JAKIE WIDZIAŁY MOJE OCZY!
Już ja pokażę tej plastikowej, afektowanej barbie, co to znaczy prawdziwa złość.
Poderwałam się gwałtownie z miejsca, przewracając przy tym wszystko na stole, nabrałam powietrza w płuca i wrzasnęłam:
– JA SOBIE WYPRASZAM! MNIE NIKT W DOMU SZEFA MOJEGO UBLIŻAĆ NIE BĘDZIE! JA SOBIE NIE POZWALAM!
Na to ona również się poderwała z siedzenia.
– JAK ŚMIESZ! – wrzeszczała, gestykulując, jakby ją prąd poraził. – W MOIM DOMU! JESTEŚ W MOIM DOMU! TY... TY LADACZNICO TY! URĄGASZ MI POD MOIM DACHEM! Od razu wiedziałam, że Łukasz powinien cię wywalić na zbity pysk! Zero wdzięczności, ZERO! I to po tym, jak zastąpił twojego beznadziejnego ojca! SKANDAL! A może powinien zachowywać się tak, jak on?! Może walenie cię po tej durnej łepetynie to jedyna metoda, żeby do ciebie cokolwiek dotarło?!
Czyli coś tam jej jednak mówił.
Przypomniało mi się, jak mój od siedmiu boleści terapeuta powiedział, że nie wolno bić ludzi. Pozostało mi więc zrobić tylko jedno, jeśli ta wizyta miała się skończyć bez ofiar w ludziach. Zacisnęłam mocno zęby, wydając z siebie głośny i przeciągły warkot. Wzięłam buty i płaszcz do ręki, po czym wyszłam w skarpetach na śnieg, trzaskając na odchodne drzwiami.
Kubacki, ty się módl, żeby mi nikt walca w najbliższym czasie nie kupił.

* * *

Miałam się spotkać z jełopami zaraz po cudownej wizycie u Kruczkowej, ale musiałam rozjeździć swój gniew, więc im się czatowanie pod domem ciotki znudziło, a poza tym jakieś inne zajęcia mieli, więc tego dnia nie musiałam już więcej oglądać ich mord. Lepiej dla nich, bo mogliby skończyć w czarnych workach.
Ja się wszystkiego po tej jędzy spodziewałam, ale takich cyrków na pewno nie. Co ona w ogóle wiedziała? Zawsze tylko uprzykrzała mu życie. Wiecznie narzekała, wrzeszczała, dyrygowała nim na wszystkie strony, wytresowała go jak psa! O jego pracy nie chciała słuchać. Gdyby nie my, to trener by ciągle strapiony chodził, a tak to treningi dodawały mu trochę otuchy. Co by nie mówić, kochał to, co robił. I, co ważniejsze, miał szansę łączyć pasję z pieniędzmi, a mało komu się to udaje. Czy ta tępa nie potrafi tego skumać?
Co ja w ogóle gadam? ŁączyŁ? Przecież trener na pewno żyje, tylko ta wariatka wszystko wyolbrzymia. Pierdolona histeryczka.
A może to przez nią zaginął? Może uciekł? Gdybym ja miała taką żonę, też bym dała nogę.
Westchnęłam, wisząc podparta nad biurkiem. Nie miałam ochoty ani siły już na nic. Tymek bawił się na łóżku za moimi plecami, śnieg sypał jak popierdolony, na zewnątrz wytworzyła się mała Syberia, a my w środku mieliśmy ciepło i to było jedyne pocieszenie w ciągu tego dnia. W ramach rekompensaty za szczyny u Kruczkowej, zrobiłam sobie swoją DOBRĄ herbatę w DOBRYM kubku, ale zdążyła się wystudzić, bo jakoś mi ochota na nią przeszła. I nawet postawionych obok piegusków mi się nie chciało jeść. Widzicie? Te Kruczki to mnie już do ruiny doprowadzają.
Tymek podbiegł do biurka, żeby upić łyk mojej zimnej herbaty i wziąć ciastko.
– Tosia! – zawołał. Odwróciłam się do niego i zaraz wzięłam go sobie na kolana. Miał w rękach wóz policyjny. Zabawkowy, okej? To nie jest jakieś dziecko Hulka. – Tosia, dlaczego jesteś smutna?
Westchnęłam, wtulając nos w jego liche, ale umyte szamponem o zapachu gumy do żucia blond włosy. Borze, on był taki mięciutki. Chyba potrzebowałam tego po całym dniu bycia hardą babą.
– Bo ten dzisiejszy dzień był jakiś taki...
– ...zjebany? – dokończył za mnie.
– Mhm – przytaknęłam, ale natychmiast otrzeźwiałam. – Hej! Nie wolno ci tak mówić, jasne?!
Tymek zaczął się chichrać złośliwie, więc ja zaczęłam go łaskotać i jakoś tak wyszło, że pół godziny później zasnęliśmy zmęczeni śmiechem. Pomijam fakt, że przebudziłam się z pięć razy, bo mnie mój tajemniczy przyszły mąż we śnie przy ołtarzu nawiedzał całą noc.


Na szczęście, w rodzinie nic nie ginie, więc cudowna wizytacja kolegów z kadry mnie nie ominęła – po prostu nastąpiła kolejnego dnia. Wyobraźcie sobie, że robicie pyszną jajecznicę na późne śniadanie, podśpiewujecie nad kuchenką do grającego radia, plącząc się po domu w za dużej bluzie z kapturem po byłym. Rękawy są dłuższe niż wasze ręce, więc wam wpadają do jajecznicy i rozpierdalacie więcej niż smażycie. Blaty i podłoga są zajebane, ale czekające na śniadanie dziecko jest szczęśliwe, że może kruszyć wszędzie chlebem, bo to i tak nie zrobi różnicy.
I właśnie w tym sielankowym momencie rozlega się dzwonek do drzwi, a wy prawie rozjeżdżacie się w kolorowych skarpetkach w pandy na rozrzuconych porcjach podsmażanych jajek. No nic, myślicie sobie, oby to był kurier i oby padł na mój widok, chociaż nogi przydałoby się trochę podgolić i wyplątać tę gumkę z włosów, bo za niedługo zapuści tam korzenie.
Otwieracie drzwi, a tam na późne „dzień dobry” gnomie oblicze pewnej mendy z Szaflar.
Kubacki ewidentnie był w połowie jakiegoś złośliwego powitania, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Zniszczoł miał oczy jak pięć złotych i nie mógł przestać się gapić na moje grube nogi. Nie przejmowałam się ich reakcją, bo wielorybom gwałt nie grozi.
Wywróciłam oczami i bez słowa wpuściłam ich do środka.
– Co za... strój – wydukał rudy cymbał za moimi plecami.
– Zara legginsy założę – mruknęłam.
– Byle szybko, bo mi oczy wypali.
Spojrzałam przez ramię na Mustafa, który uśmiechał się złośliwie, i zatrzymałam się na chwilę.
– Ty sobie uważaj – pogroziłam mu palcem – bo ja tu gorącą patelnię mam. Żeby ci ryja zaraz nie wyparzyło.
Poczłapałam do kuchni. W międzyczasie Tymek wyleciał jak torpeda do holu, żeby powitać tych jełopów wrzaskiem i uściskiem, chociaż odnosi się to głównie do Aleksa, bo do Kubackiego podchodził z wyraźną rezerwą. Widzicie? MOJA KREW.
Zrzuciłam jajecznicę na talerz sobie i kuzynowi, ale już miałam nerwa. Kuźwa, zeżreć normalnie nie można, bo przytaszczą ci się tacy jeden z drugim i obsłużyć ich trzeba. Zniszczoł wszedł z Tymkiem na rękach, a zniesmaczony Kubacki przywlókł się za nimi. Patrzyłam na tę patelnię. Zamachnąć się czy nie, zamachnąć się czy nie...
Spojrzałam na ten ryj.
Nie, szkoda patelni.
– Chcecie czegoś? – zerknęłam na nich przez ramię od niechcenia. Ja to bym sobie marzyła, żeby oni mi święty spokój dali.
– Żebyś w końcu spodnie założyła.
Odwróciłam się do cymbała na pięcie.
– A ty załóż worek na łeb, bo patrzeć się na ciebie nie da.
Zniszczoł zaśmiał się, ale spoważniał, kiedy Kubacki posłał mu jedno ze swoich morderczych spojrzeń. Zanim zdążył jednak cokolwiek odpowiedzieć, skinęłam na nich, żeby poszli za mną do jadalni, co też uczynili.
Nie zdążyłam dobrze widelca w jajecznicę wsadzić, a już padło pierwsze pytanie:
– Gadaj. Czego dowiedziałaś od Kruczkowej?
Mustaf gapił się na mnie jak sroka w gnat. A ja sobie na lajcie żułam śniadanie i nie spieszyłam się z odpowiedzią.
– Niczego.
Mina Szaflarskiej Mendy – bezcenna. Zniszczoł tylko wybałuszył oczy, przestając zbierać ze stołu to, co wyleciało Tymkowi z talerza.
– Jak to? – bąknął ten pierwszy.
Wzruszyłam ramionami, odgryzając kawałek kromki chleba.
– Normalnie, tak. Bo ta baba jest popier... – zerknęłam na Tymka, który babrał się w jajecznicy. – ...niczona jak choinka na Boże Narodzenie.
Już się jasnowłosej księżniczce przestało podobać. Pierwszy szok minął.
– W sensie?
– W sensie, że jest umysłowo niedorobiona – odparłam, nadal spokojna. – Jak ty, o.
Minęło kilka sekund, zanim Kubacki wstał, ruszając całym stołem, po czym walnął w niego pięściami. A stół szklany. Koleś miał szczęście, że nic się nie stało, bo bym go odłamkiem posiekała na drobno.
No, niestety, po takim wybryku nie mogłam pozostać obojętna, więc też wstałam.
– Socha, czy ty, kurwa, nie potrafisz zrobić niczego dobrze?!
– ZAMKNIJ RYJ, TU JEST DZIECKO! – Wskazałam na Tymona, który w ogóle nie zwracał na nas uwagi. – A poza tym nie znasz całej historii.
Usiedliśmy i streściłam im, jakimi cudownymi epitetami pod naszym wspólnym adresem uraczyła mnie Kruczkowa. To już przestali być taki wojowniczy. Znaczy się ten cep blondyński przestał, Zniszczoł był dziś cały dzień bardzo cichy.
– I co teraz zrobimy? – odezwał się wreszcie, patrząc to na mnie, to na swojego niewydarzonego kolegę.
Zaproponowałam, że pogadamy o tym w salonie, jak tylko skończę śniadanie. Rudawy cymbał uparł się, że pomoże mi w zmywaniu, chociaż ja nie jestem jakaś niepełnosprytna ruchowo, żeby nie potrafić prostych czynności wykonywać, więc musiałam zostawić kuzyna z Kubackim. Tymek, mądre dziecko, wykorzystał okazję, żeby podręczyć nielubianego „wujka” i zdecydował, że będą się bawić w wielbłąda – to znaczy, że mój zdolny krewniak siedział na grzbiecie księcia z Nowego Targu, a ten go woził po domu.
Ja wam mówię, to jest moja krew.
Przez cały bardzo skomplikowany proces zmywania naczyń Zniszczoł wydawał się jakiś dziwny. Pomijam, że od rana był nieswój (może się po prostu ta bipolarność odezwała), ale wyraźnie coś go gryzło. Ale zapewne nie tak bardzo jak mnie moje legginsy, które zmuszona byłam założyć za zadek, bo by przecież Kubacki się spuścił na miejscu.
– Co ty taki ryj masz dziś krzywy? – zapytałam, wycierając talerz.
Westchnął. Z holu dochodziły nas dzikie okrzyki Tymka i jęczenie Dejwiego.
– Mam... mały problem. – Nawet nie raczył popatrzeć na moją facjatę. – Ale spoko, poradzę sobie sam.
Aż przestałam chować naczynia do szafki. Założyłam ręce na biodra. Jak Zniszczoł podniósł wzrok, to się zdziwił.
– No co?
– Co za sens ma trucie mi o przyjaźni, skoro nie chcesz, żebym ci pomagała?
Zaśmiał się.
– Ale on dotyczy... czegoś... tylko mojego.
Skrzywiłam się.
– Jeśli to coś związane z seksem, to...
Zaśmiał się jeszcze raz. Nie zawsze mnie to wkurzało, w sumie ma całkiem serdeczny śmiech. CZASEM.
– Nie, ale słowo, poradzę sobie.
Wzruszyłam ramionami, bo co mogłam więcej uczynić? Nie to nie, żegnam.
Weszliśmy do holu, w którym Kubacki najwyraźniej starał się przekupić Tymka do zakończenia zabawy białymi michałkami. No to trafił jak kulą w płot, bo kuzynek ich nienawidzi.
– Kubacki, nie bałamuć mi dziecka – mruknęłam, pomagając małemu zejść z grzbietu buraka pastewnego ze wsi Nowy Targ.
Mi? – spytał, wstając z czworaków i wytrzepując brudne ręce. – Hmm... – Udawał, że się zastanawia. Wywróciłam oczami. – Wiedziałem, że nie możesz być taka spasiona bez powodu.
Zdążyłam zauważyć gniewnie ściągnięte brwi i ręce na biodra u Tymka, a chwilę potem Mustaf krzyknął jak rażony prądem, trzymając się za stopę. Młody położył ręce na biodra.
– Nie wolno obrażać Tosi! – oburzył się młody.
Założyłam ręce na piersi z satysfakcją, a Menda nadal się kuliła z bólu. Ja patelni oszczędziłam, ale kuzyn swoich nóg nie szczędził. To się nazywa bodyguard z prawdziwego zdarzenia!
– Za wysokie progi na twoje nogi, Kubacki.
Przybiłam piątkę z Tymkiem, a potem złapałam go za rączkę i poprowadziłam do salonu, machając na ciołków, żeby do nas dołączyli.
– Tosiu, dlaczego wujek Dejwi jest taki zjebany? – spytał mnie młody w drodze.
– Niestety, taki się już urodził – odparłam, zgodnie z prawdą zresztą. – Ale nie mów więcej tego brzydkiego słowa na „z”, dobrze?
W tym samym momencie odezwał się dzwonek do drzwi, więc podałam rękę kuzyna Zniszczołowi, a sama pobiegłam otworzyć.
W sumie nie wiem, kogo się spodziewałam. Hofera? Aslana? Nie, Greckiego Popierdola nie, bo on by stąd o własnych siłach nie wrócił. Lepiej dla niego, żeby pierdził w stołek w Warszawce albo gdzie on tam ma tę swoją siedzibę. Niby podpisywałam z nim kilka umów, ale to zawsze akurat wtedy, jak był w Wiśle albo Zakopcu. Może to i lepiej, bo bym ten pezetenowski pierdolnik w pierze obróciła.
W każdym razie spodziewałam się kogokolwiek, ale nie Kłuska. Zdyszanego, czerwonego na ryju, ze zamrożonymi końcówkami włosów. Dyszał, kasłał, rzęził i świszczał, jakby zaliczył właśnie jakiś maraton dookoła Ziemi. Podparł się ręką o framugę i schylił, próbując unormować oddech.
„Sportowcy”.
Chrząknęłam.
– Kusy, czego mi dyszysz jak styrany york w psim zaprzęgu?
– Hauasamahawbanała...
– Co?
Wziął głęboki oddech i wydusił:
– Reszta... Kruczków... zniknęła...
To powiedziawszy, walnął ryjem prosto w mój próg, tuż pod moje nogi.




Trochę mnie tu nie było, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie, co? Postaram się być już bardziej regularna. Rozdział miał się pojawić dopiero w maju, zgodnie z obietnicą (daną sobie), ale zagłosowaliście w twitterowej ankiecie, że chcecie prezent. Oto i jest! Mam nadzieję, że to całkiem niekiepski prezent. ;)

Gdyby komuś było mało mojego pisania, to przypominam, że na Ratując Alaskę pojawił się już pierwszy rozdział, a ostatnio popełniłam również oneshota pt. Lęki nieuświadomione. Może ktoś będzie miał ochotę zajrzeć, mimo że dzień dziś świąteczny. :)

I z tego też powodu, moi drodzy, mówię Wam: wesołego Alleluja! Mam nadzieję, że po wielkanocnym śniadaniu jesteście w stanie jeszcze się ruszać, a zwłaszcza czytać. :D

PS. Tyle wydarzeń przewidziałam w Nie-lotnych (choć tam były one zapisane teoretycznie na sezon 2015/2016), że chyba zostanę wróżką. Zwłaszcza że już kolejny raz „wyprosiłam” (czysto telepatycznie) nowe zdjęcie Grześka.

PADA GRZEŚ, PADA GRZEŚ, SYPIE NAM FLOTAMI,
NAWET NʼGAPETH DOSTAŁ W CZAPĘ, LEŻY POD BANDAMI.
TE ROUZIERY TO FRAJERY, ZBIERAJA NʼGAPETHA,
ALE POLSKA JUŻ WYGRAŁA, WIĘC BĘDZIE WIELKA FETA!


PS2 Głosujcie w ankiecie na samym dole!

15 komentarzy:

  1. Przybyłam.

    - Stwierdzasz fakt?
    - Znaną - tak, przyjazną w tym momencie niet.
    - Hasztag dyplomatyzm, hasztag wyślijcie kogoś, kogo lubi.
    - Jest trenerem skoków, jakby nim nie był, to byłby częściej w domu.
    - Zastanawiałam się, co za smarkacza i myślałam, że Cene, ale zapomniałam, że jest jeszcze młodszy Prevc z chromosomem XY
    - Wiewiór i Kocur to próba doświadczalna dla Mustafa, który bada właściwości papryki
    - To czym ty jeździsz?
    - Też mieli Jordana na gramofonie?
    - Aśka, Tośka, das spielt keine rolle!
    - To Kruczkeino ojcował Tośce czy Tośka matkuje Kruczkeinowi?
    - Otwieracie drzwi, a tam na późne „dzień dobry” gnomie oblicze pewnej mendy z Szaflar. - Tu się spodziewałam świadków Jehowy.
    - No jak jork w zaprzęgu huskich.

    A więc Tosiek, łi łisz ja a meri krysmas... a nie, nie te święta. Alleluja i do przodu, aby Kraft nie przyszedł dojczerować Tośki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co się tyczy związku Tośka-Treneiro, to jest to pełna symbioza: ona mu niańkuje, on jej ojcuje.
      Cóż, a Krafcik przyszedł... wystarczy spojrzeć w dół. XD
      Dziękuję!

      Usuń
    2. I chyba doznaje jakiegoś rozdwojenia jaźni

      Usuń
  2. Krafciastych świąt!

    OdpowiedzUsuń
  3. No co za cham z tego anonima, że się pode mnie podszywa i życzy Krafciastych świąt! Nie życzy się Krafciastych świąt, a świąt pełnych Krafta mein Gott to primo, a secundo - Tośka ma traperki i chyba tu trollować nie będę, bo jednak traperki to broń masowej zagłady

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie mogłam się doczekać, ale taka byłam zakręcona, że za czytanie wzięłam się dopiero dziś rano... i nie mogę się doczekać maja, żeby poznać dalszy ciąg tego "śledztwa".
    W sumie, to zapomniałam Ci wspomnieć, że dzięki Tobie nie potrafię myśleć o Kubackim inaczej niż "Szaflarska Menda". To takie dziwne uczucie.... No, ale w końcu Kubacki tutaj jest właśnie taki. I uwielbiam Tymka za to, że tak uroczo go potraktował. Zdecydowanie ma w sobie coś z Antka.

    No, ale święta, święta i po świętach, więc czas wstać i zostawić już ich w spokoju, więc do zobaczenia w maju!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele osób mi pisze, że już w Dawidzie widzi tylko Szaflarską Mendę i nie wiem, czy to dobrze czy źle. :P Niemniej bardzo mi miło! Ja też lubię postać Tymka, który zawsze będzie trzymał Tosi stronę, chroniąc ją przed niegodziwcami pokroju Kubackiego. :D
      No, ja mam nadzieję, że w maju. :D
      Dziękuję! <3

      Usuń
  5. Do diaska!!! Gdzie ciąg dalszy? !? :-( bo się wciaglam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciąg dalszy, miejmy nadzieję, jeszcze w tym miesiącu. :)

      Usuń
  6. Jak ja tęskniłam za poczuciem humoru Tośki i tą agresją wobec Kubackiego <3 Relacja nie do podrobienia ! Tymek *.* jak to mówią w rodzinie nic nie zginie nawet niechęć do Mendy XD
    Zniszczoł coś tu kombinuje ,ciekawie nie powiem ! Rozdział cudo
    Weny życzę !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tam, znowu tak długo nie była nieobecna, żeby za nią tęsknić. :P Jej agresji jeszcze się naczytamy, więc spokojnie, starczy do końca. XD A czy Zniszczoł kombinuje, to się dopiero okaże. B-)
      Dziękuję!

      Usuń
  7. Melduję się! 😊
    Tymek to chyba najważniejsze słonko tego rozdziału, kocham całym serduszkiem 💖
    A myślałam, że to Tośka jest niestabilna psychicznie 😂 Okazuje się, że jest jeszcze poziom Agaty Kruczek 😂😂😂
    Oh oh, co ten Klusek (tak, dokładnie, przez L 😌) odwala? Jakie porwanie? Może Treneira porwali kosmici, którym przewodniczy ta jego żona? 🤔
    Czekam na nowy rozdział.
    Pozdrawiam i weny życzę! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kosmici? A to Kruczek nie jest jednym z nich? XD
      Cóż, poziom Agaty K. to prawdziwy majstersztyk wśród wariatów. A Tymka nie da się nie kochać, no!
      Dziękuję! <3

      Usuń
  8. Zacznę od początku, bo tak ponoć najlepiej. Gratulacje, Antonino, wciąż klniesz przy dziecku, ale teraz już ogarniasz, że to robisz i że może nie bardzo pasuje – krok do przodu. Coś czuję, że niedługo będzie nam Tosiaczek w obecności Tymka przemawiać tylko językiem archaniołów XD
    „Tyle że ona... jakby to ująć dyplomatycznie... w chuj nas nie lubi.” DYPLOMATYCZNIE XD
    „Tłukąc filety, wyobrażałam sobie, że rozwalam łeb Kubackiego, w związku z czym kilka wyszło zbyt cienkich.” Wiesz, tak się zaczęłam zastanawiać, co by to było, gdyby otp niektórych się spełniło i Tośka z Kubackim jakimś cudem zostaliby parą. NIECHYBNIE KTÓREŚ BY ZGINĘŁO. Więc może i lepiej, że Menda ma swoją Martę i nie figuruje jako potencjalny kandydat do zaszczytnej roli mężczyzny życia Antoniny S. Bo niby kto się czubi, ten się lubi, ale BEZ PRZESADY.

    AAA!!! TYMEK JUŻ PRZEJĄŁ PODSTAWY JĘZYKA ARCHANIOŁÓW!!!

    Wigilia u Zniszczołów to chyba taki klasyczny klasyk, o którym każdy z nas marzy, a nie każdemu z nas się to choć raz w życiu trafi. I zawsze się o tym dobrze czyta, nawet jeśli – tak jak teraz – za oknem słońce i dwadzieścia stopni. I nawet pani mama pokazała ludzkie oblicze. I Kevin był. I Pasterka. Wszystko jak należy. Aż się nawet Tośka troszkę rozmarzyła ;)
    No i przechodzimy do wizyty w domu trenera. Powiedzmy sobie jasno – to była katastrofa. Wersja, że Kruczek uciekł przed żoną, wydaje mi się po tej scenie całkiem prawdopodobna.
    O, dobra, już nie. Cała rodzina zginęła. No dobra, to ja w takim razie obstawiam, że porwało ich ufo. Well, chyba jestem zjebanym detektywem XD

    Proszę Cię o wyrozumiałość, zważając na to, że komentarz tutaj to mój pierwszy krok w drodze powrotnej do blogosfery. Jego jakość może być zjebana, ale starałam się :P
    Buziak! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Język archaniołów, tak, to zdecydowanie język Tośki. XD Opanowała się, to się liczy!!!! Nic jej nie doceniasz!!!!
      Dlatego uważam, że OTP Tośka-Kubacki, choć niezaprzeczalnie ciekawe, nie byłoby możliwe, bo pod tymi ich potyczkami nie kryje się żadne "nierozwiązane napięcie seksualne", jest zwyczajne napięcie, zwłaszcza przedmiesiączkowe. XD
      Kurde, teoria z kosmitami robi się popularna. Xd GDZIE POPEŁNIŁAM BŁĄD?
      Ależ ja ten komentarz kocham, o czym wiesz. Jakość jest jak dla mnie najlepsiejsza!
      Dziękuję! <3

      Usuń